Vortex – Recenzja

Najnowsze dzieło Gaspara Noe znacznie różni się od jego doczesnej twórczości. Jego choroba sprawiła, że ukierunkował je w kierunku przemijania. I tak jak Gaspar wyszedł z choroby zwycięsko, tak „Vortex” to również sukces.


Film jest dużo spokojniejszy niż większość jego dzieł, na pewno nie dostaniemy ataku epilepsji do czego mogła doprowadzić „Lux AEterna”. Akcja jest bardzo kameralna, spokojna, można nawet pomyśleć o określeniu Slow Cinema w kontekście tego dzieła. Nie ma też tutaj kontrowersji jak choćby przy „Nieodwracalene”. Film toczy się swoim tempem, choć mimo tych różnic są elementy, które łączą ten film z jego poprzednimi dziełami. Motyw śledzenia bohaterów ze wspomnianego „Lux AEterna” jest tutaj wykorzystany, ba jest bardziej rozwinięty. Bohaterów widzimy w dwóch osobnych obrazkach obok siebie co ma z jednej strony wiele symbolizmu, ale jest też używane w bardziej przyziemnych kwestiach.
Pierwsze skojarzenie pod względem fabularnym to „Amour” Heankego. Śledzimy historię małżeństwa, a w zasadzie zastajemy je, gdy Elle jest w zawansowanym stadium demencji. Tak jak dzieło Heankego film w dużej mierze opiera się na relacji małżonków, jednak gra na nieco innych nutach. Skupiamy się tutaj bardziej na aspekcie przemijania, sama choroba jest bardzo ważna. Mąż Elle jest zdrowy, jednak należy pamiętać że to starszy mężczyzna, który też potrzebuje pomocy. Trzecim i ostatnim bohaterem jest ich syn, który z jednej strony stara się pomóc rodzicom, z drugiej na tyle ile go poznajemy widać ze sam nie radzi sobie najlepiej z życiem jak i relacjami z rodzicami.


Ciekawe jest, że w większości takich filmów w trakcie akcji choroba by postępowała, jednak tutaj to co ulega rozwinięciu będącym standardową drogą bohatera są relacje między bohaterami i ich uświadamianie sobie chorób. Lui z czasem zdaje sobie sprawę, że nie jest w stanie pomagać żonie, która uświadamia sobie, jakim jest ciężarem dla niego. Przy czym syn próbujący wysłać ich do domu pomocy, na co nie chcą się zgodzić. Film obnaża wstyd jakim jest przyznanie się, że nie jest się w stanie samodzielnie funkcjonować. Wstyd który wewnątrz jest strachem, który jest związany z przemijaniem.


Przemijanie, można powiedzieć, że to temat tego filmu. Odchodzenie bliskiej osoby, bycie świadkiem tego, jak traci się z nią kontaktu, zostawienie pustki po sobie. Wszystko to mieści się w ogólno pojętym przemijaniu które tutaj jest ukazane tak dotkliwie. Dla przykładu Lui piszę książkę, żeby zostawić coś po sobie, jednak to najbardziej namacalna rzecz, a nie wchodząc w spoilery jest tego dużo więcej i niektóre naprawdę potrafią wywołać reakcje u widza.


Tym, co zawsze wyróżniało filmy Gaspara była bardzo przerysowana warstwa wizualna i tutaj też jest inaczej, bardzo, ale to bardzo kameralne dzieło, w spokojnych barwach, rozgrywane na małych przestrzeniach. Fakt idealny film do nagrywania w trakcie pandemii, ale niezwykle pasuje to do ogólnego wydźwięku tego dzieła. Trzeba przyznać, że wszystko jest tutaj minimalistyczne, wizualia, audio, dialogi, obsada. Dario Argento, którego, bardziej kojarzymy jako reżysera i Françoise Lebrun są niesamowici, mimo że ich role są też bardzo minimalistyczne, to niesamowicie oddają stan bohaterów.


Czy „Vortex” to najbardziej przygnębiający film, jaki widziałem od dawna? Na pewno, ba może nawet jaki widziałem w ogóle. Widać, że sposób, w jaki Gaspar radził sobie z chorobą przyczynił się do filmu który być może nie zostanie zapamiętany tak jak „Climax” czy „Nieodwracalne”, ale pozostanie bardzo ważnym dziełem w karierze twórcy, którego osobiście wolę oglądać w swoich „ekstremalnych” dziełach, jednak nie sposób nie docenić kunsztu „Vortex’u”


9/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *