Nie martw się, kochanie – Recenzja

Film, wokół którego była masa kontrowersji, po pierwszych zapowiedziach zainteresowanie było dobre. Niestety też od dawna wiedzieliśmy o nieprzyjenych sytuacjach związanych z produkcją, późniejsze zamieszanie z konferencjami prasowymi, a do tego w Wenecji film został odebrany niezbyt dobrze.


Akcja przenosi nas do Ameryki lat ’50. Przenosimy się do miasteczka, które wydaje się być utopijnym miejscem dla człowieka tamtych lat, które mocno opiera się o tradycyjny podział rodziny, gdzie mąż pracuje, a kobieta zajmuje się ich pięknym domem i ewentualnie dziećmi. Jednak okazuje się, że ta utopia to tak naprawdę złota klatka, w której są zamknięci bohaterowie, a na dodatek zaczyna się ona coraz bardziej sypać za sprawą głównej bohaterki Alice, granej przez Florence Pugh. Odkrywa ona kolejne dowody ze z miejscem i jej mieszkańcami dzieje się coś dziwnego, wraz z czym sama popada w paranoje i lęki co doprowadza ją na skraj załamania psychicznego.


Cały film można powiedzieć opiera się na tym odkrywaniu prawdy i przekonywaniu do nich innych. Niestety bardzo często robi to w dość tani i prosty sposób. I tak jak w ograniczonej ilości plot twisty potrafią być zaskakujące i ciekawe, tak tutaj zaczynają nużyć i przestają być ciekawe. Szczególnie że dużo z nich i tak sugerowały nam zwiastuny, które pod tym względem były bardzo nachalne. Jednak i bez nich same momenty zaskakujące w filmie były dość przewidywalne, a co gorsza nie wywoływały pożądanych emocji. Może to kwestia wspomnianej przewidywalności, a może, dlatego że świat przedstawiony w filmie wydaje się być sztuczny.


Co w sumie ma sens, bo tak to jest przedstawione w filmie, niestety też w kontekście jego wiarygodności w medium filmowym trąci powierzchownością. Niestety dotyczy to też bohaterów, mimo że bardzo cenię sobie Florence Pugh, Chris Pine w roli szefa całego przedsięwzięcia wypada zaskakująco dobrze, a Harry Styles, który też daje radę. To czuć że bohaterowie to wydmuszki, którzy sprowadzają się do kilku cech, dwóch faktów i totalnego braku zaangażowania emocjonalnego w ich historię. Tak samo sprawa wygląda w przypadku miejsca akcji, które na pierwszy rzut oka wydaje się bardzo interesująco, niestety jest przedstawione tak, żeby tylko spełnić wszystkie scenariuszowe wymogi jego przedstawienia. Nie ma tu pogłębienia, większego zarysowania czym jest, a gonitwę za tym, żeby znowu zaskoczyć widza. Tak samo wygląda to w feministycznym kontekście tego dzieła, wydźwięk ten jest bardzo uproszczony i oczywisty. Krytyka Amerykańskiej wizji rodziny a’la lata ’50 to najłatwiejsza rzecz do skrytykowania w tym kontekście i nie da się nie odnieść wrażenia, że ten społeczny aspekt filmu schodzi mocno na drugi plan


Natomiast pod względem technicznym film broni się w całej rozciągłości. Dbałość o detale w oddaniu reali lat ’50 jest ogromna, szczególnie scenografia, ale też kostiumy świetnie wprowadzają nas w ten okres. Przy czym widać dużą dokładność w kadrach, znajduje się w nich to co powinniśmy widzieć i dosłownie nic więcej. I mimo że praca kamery nie jest na pierwszym planie to wszystko jest spójne i niezwykle estetyczne, momentami nawet ocierając się o styl Wesa Andersona. Przy tym muzyka to kolejny element nadający filmowi klimat tamtych lat.


Niestety o kolejnym filmie muszę napisać jako o zmarnowanym potencjale, szczególnie że wizja przedstawionego świata z początkowych minut filmu jest ciekawa to im dłużej, tym gorzej. I mimo świetnej Florence Pugh i piękna audiowizualnego tego filmu bliżej mu do przeciętniaka niż wielkiego kina, na które przy pierwszych zapowiedziach „Don’t worry darling” było kreowane.

5/10

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *