Trzech Tatuśków – Recenzja

Bill Burr to amerykański aktor i komik, znany z kilku dobrze przyjętych speciali stan-up’owych na Netflixie, dla którego tym razem stanął za i przed kamerą robiąc jedną z najbardziej boomerskich komedii ostatnich lat.


Jakbym miał w skrócie opisać ten film, to trójka ojców nie może odnaleźć się w nowoczesnym świecie. Koncepcja może i ciekawa, bo porusza temat tego jak zmienia się podejście do ważnych kwestii jak wychowanie i oczywiście nadużywany termin poprawność polityczna. Jednak film opiera się na tak mocnych skrajnościach, że jego oczywistość boli, jednak po kolei. Poznajemy Jacka granego przez reżysera tego filmu, ma on małego syna, którego zaprowadza do przedszkola, gdzie jego nauczycielka jest jego przeciwieństwem. Nasz bohater to kłębek nerwów wychowany „po staremu” według tradycyjnych wartości z miłością do gloryfikowania przeszłości. Po kłótni ze wspomnianą nauczycielką musi się zmienić, bo wynik jego syna nie zależy tylko od jego dokonań, a także postawy rodzica.


Późniejsze działania to jeden wielki kontrast, między głównym bohaterem i jego dwójką kolegów, którzy są w podobnej sytuacji do niego, a „nowoczesnym światem”. Dla przykładu zostają oni zwolnieni z firmy, którą sami założyli, ponieważ nagrano ich w służbowym samochodzie na niestosownych żartach. Oczywiście każdy z tytułowych trzech tatuśków dostaje swoje historie opierające się na różnych motywach. U głównego bohatera jest to niechęć do zmiany zachowania i zaakceptowania, ze świat się zmienia i to, co było w porządku w jego młodości teraz nie jest. Drugi spodziewa się dziecka w wieku, gdzie w jego standardach bardziej powinno myśleć się o wnukach i to go przerasta. Trzeci nie może pogodzić się z przemijaniem i że nie jest już taki „fajny” w oczach młodych jak uważa, że jest.


Niestety żaden z tych wątków nie jest wystarczająco rozwinięty, a w momentach, kiedy stara się to zrobić jest rozegrany na banałach. Dla przykładu przemiana głównego bohatera nadchodzi, gdy jego poglądy wygłasza obleśnie wyglądający stary taksówkarz. Dosłownie wszystko jest tutaj skrajnością i oczywiście, są filmy które to robią dobrze, jednak stawiają one bardziej na absurd komedii, a przesłanie zostawiają w tle. Tutaj film cały czas stara się przekazać, że skrajności są złe i środek to odpowiednia opcja, jednocześnie cały czas stając się uderzać w te skrajności. Przez co sama komedia jest płyta i powierzchowna i tak zdarzały się zabawne momenty, jednak każdy z nich musiał być od razu przerywany tanią refleksją.


Chciałbym tutaj napisać, że obsada ratuje to co tutaj się dzieje, jednak niestety tak nie jest, Roberto Cannavale to zdecydowanie najbardziej ceniony członek obsady i bez zaskoczeń wypada tutaj najlepiej. Jednak jego watek nieradzenia sobie z upływem czasu dostaje tutaj najmniej czasu, a szkoda, bo zarówno pod względem aktorskim, jak i komediowym wypada on najlepiej. Natomiast dwójka pozostałych tatuśków, czyli Bokeem Woodbine i Bill Burry wypadają zaskakująco nijako, co może i tak dobre w kontrze do bohaterów, którzy właśnie stoją z nimi w kontrze. Którzy są tak przerysowani, że jest to absurdalne, jednak film, nigdy nie decyduje się skorzystać z potencjału komediowego tego absurdu, a stawia go jako kontrę do bohaterów.


Największy problem, jaki mam z tym filmem to, że jest to komedia, która stara się cały czas coś udowodnić widzowi, przy tym traktując go jak totalnego idiotę, któremu trzeba ukazać skrajności, żeby ten je zauważył. Szkoda, że nie skupił się na samej warstwie komediowej, a przekaz, który mimo wszystko uważam za słuszny zostawił w domyśle, ufając, że widz go dostrzeże.


3/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *