Bogaci i Martwi – Recenzja

Francuski reżyser Romain Gavras, twórca Netflixowego filmu „Athena” wraca z najbardziej gwiazdorską obsadą w swojej karierze.


Film mający premierę na festiwalu w Toronto rok temu od jakiegoś czasu jest już w naszych kinach. Film zaczyna się enigmatyczną sceną, gdzie grupa młodych ludzi przeprowadza rytułał i zbiera się do ważnej misji. Po tym przeskakujemy do perspektywy aktora, Mike, który jedzie na charytatywną galę, żeby wybielić swój wizerunek. W pewnym momencie wysiada nawet z samochodu, żeby ostatnie metry przejść pieszo „dla dobra planety”. Gala odbywa się w starej kopali, a jej organizator – Ben od startu drwi z Mike’a i jego wyczynów, które dały mu złą sławę w branży. Podczas gali Mike dostaje telefon od producenta filmu, w którym chce zagrać, ten zaczyna mu wykładać, że takie gale to szczyt hipokryzji.


Mike wraca z tej rozmowy z planem, żeby publicznie wyrazić to zdanie, czym ma jeszcze bardziej wybielić swoje imię. Dostajemy przemowę organizatora i nieproszony na scenę wchodzi Mike, który daje najgorszy monolog na świecie. Gdy widzi negatywną reakcje na swój występ, ucieka do łazienki, w tym czasie grupa z początku filmu atakuje podczas dziwnego występu artystycznego. Wszyscy myślą, że to element przedstawienia, aż liderka grupy – Joan ucina rękę konferansjerce. Przedstawia też plan ratowania ziemi, do którego ma wybrać trójkę ludzi będących na sali. W tym nieświadomego niczego Mike’a, który wraca w środku tego zamieszania.


Jest to mocna mieszanka gatunków. Na start najbardziej na pierwszym planie widać czarną komedię krytykującą bogaczy, która przemienia się w thriller o napadzie i przetrzymywaniu zakładników. Żeby potem iść w kino drogi zahaczające o oniryzm i dziwne wierzenia na temat apokalipsy. Problem w tym, że w żadnym z tych gatunków nie wypada jakoś świetnie. Krytyka elit jest jak najbardziej słuszna, ale bardzo powierzchowna i banalna. I nie odmawiam, że bywa zabawna, tylko podanie jest wprost, jest według mnie zbyt łatwe i sprawia, że w pewnym momencie nie ma już nic więcej do zaoferowania.


Sam motyw ataku i thrillera przeciągniętego do walki o uratowanie zakładników też działa tylko przez jakiś czas. Na samym początku zaskakuje, ale bardzo szybko film wykłada nam wszystko na tacy, a po chwili porzuca to dla kolejnego wątku. I druga połowa filmu, będąca nietypowym kinem drogi o zaufaniu, potrzebie zmiany, zaufaniu czy poświęceniu się dla dobra sprawy wypada najlepiej. Problem w tym, że nie zostaje dostatecznie podbudowana i miałem wrażenie, jakby nie pasowała do reszty filmu, a wręcz odwrotnie, reszta filmu nie pasowała do niej.


Mieszane odczucia mam też odnośnie do obsady, choć ma jeden punkt wybitny i jest nim Vincent Cassel jako Ben. Będący trochę parodią Bezosa, ale ze swoim oryginalnym charakterem. I powiedziałbym to samo o Chrisie Evansie jako Mike’u, który jest parodią oderwanego od rzeczywistości aktora, z tym że jego postać jest aż nazbyt przesadzona. Tak jak kobiece postacie, Anya Taylor – Joy jako parodia naiwnej aktywistki i Salma Hayek jako parodia niezbyt inteligentnej żony bogacza.


Za to muszę pochwalić warstwę wizualną, już poprzedni film reżysera „Athena” zachwycała długimi ujęciami i ciekawą pracą kamery, a tu myślę, że jest porównywalnie jak nie lepiej. Od kadrów po bardzo oryginalny montaż, technicznie film jest na świetnym poziomie.


Niestety to nie ratuje bałaganu, który panuje przez jego większość i niestety płytkości przekazu, który próbuje nam sprzedać. To film, który próbuje być trzema na raz, niestety wychodzi mu jedno i to też tak nie do końca.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *