Piotr Domalewski po sukcesie „Cichej nocy” i kilku innych udanych filmach stał się jednym z najważniejszych polskich twórców współczesnego kina.
Film opowiada o… tak, ministrantach, grupie czterech chłopaków w wieku szkolnym. Zaczynamy od zawodów dla ministrantów, na których wygrywają finał składający się z dziwnych konkurencji, jak szukanie tekstu na odpowiedni dzień liturgii czy rozpalanie kadzidła na czas. Chłopaki wygrywają zawody, a potem się okazuje, że przeciwnicy dostają dodatkowe punkty za strój i przegrywają. Zaczyna się kłótnia między nimi i grupy niemal biją się pod ołtarzem. Wracając z zawodów proboszcz kwituje sytuację, że życie jest niesprawiedliwe, a to, co zrobili, to wstyd dla parafii i mają to odpracować na rekolekcjach. Z uwagi na rekolekcje do parafii przyjeżdża ksiądz z kurii, który na początku dla chłopaków jest wzorem.
Szybko jednak sytuacja się zmienia, gdy chłopaki podsłuchują, że rekolekcjonista zabiera pieniądze z tacy dla potrzebujących do kurii. Postanawiają ukraść pieniądze i rozdać potrzebującym, a żeby wytypować owych potrzebujących, zakładają kamerkę w konfesjonale i podsłuchują spowiedzi. Potem w kominiarkach rozdają ludziom pieniądze — akcja się udaje, choć byli blisko wykrycia. Jednak po niej chłopcy czują niedosyt.
Sam główny wątek ukazany jest w prosty, acz angażujący sposób. Mamy grupę chłopców, którzy od startu czują się oszukani, kurię i jej wysłannika, który jest ucieleśnieniem oszustwa, i rozwiązanie tego. Co ciekawe, chłopcy cały czas zastanawiają się nad moralnością swoich czynów. To sprawia, że są to dość niejednoznaczne postaci — ministranci chcący czynić dobro według chrześcijańskich zasad, które sami czasami naginają, a czasem nie do końca rozumieją. Ale z sercem po właściwej stronie, a przy tym z tą dziecięcą naiwnością i chęcią robienia dobra, która z czasem przez czynniki środowiskowe staje się bezradnością i zgorzknieniem na zastaną sytuację.
Wróćmy się trochę, głównym bohaterem jest Filip, to on z czwórki ma najcięższą sytuację. Chłopaki żyją w niesprecyzowanym małym miasteczku — sądząc po strachu przed wojną na Ukrainie, raczej blisko granicy. Czyli typowa Polska bez perspektyw, które tu są ukazane aż nadto zero-jedynkowo, szczególnie gdy Filip idzie do kolegi, a jego matka ogląda domy do zakupu za granicą. Na domiar złego matka Filipa ma głęboką depresję, ojciec odszedł, a chłopak jest na granicy wyrzucenia ze szkoły.
Mamy tutaj dużą ilość wątków pobocznych i niestety ich poziom bywa dość nierówny. Matka głównego bohatera i jej depresja to niemal zbiór stereotypów, połączony z bardzo dziwnym, żeby nie powiedzieć odpychającym, aktorstwem Kamili Urzędowskiej, co tworzy obraz postaci, której aż nie możemy współczuć. Lepiej wypada wątek dziewczyny, która podoba się Filipowi — niestety jest bita przez ojca, w którego rolę przerażająco dobrze wcielił się Artur Paczesny. Widać tu naturalizm i mechanizm tego, czemu ofiary przemocy domowej nie chcą jej zgłosić. Jest to też kolejny element układanki do obrazu małomiasteczkowej Polski, gdzie tylko brakuje, żeby ktoś nas… na środku i Filipowi meteor na głowę spadł. Ale też niestety często jest wyjęty z życia, choć w filmie kontrowany sporą dawką humoru, który jest nieco przegięty. Sam fakt, że chłopaki nagrywają naiwne chrześcijańskie rapy, jest jednocześnie absurdalny i uroczy.
„Ministranci” to bardzo świeży film, który potrafi obśmiać polskie realia, ale jednocześnie wpaść w ich stereotypy. To chrześcijańska opowieść o Robin Hoodzie, a w zasadzie czwórce, która walczy z Kościołem i ludzką zawiścią. Brzmi banalnie? Trochę go tutaj jest, ale zawsze z sercem po właściwej stronie.
6/10

