Drodzy, drogie, kolejna muzyczna biografia, tym razem, król popu.
Na start przyznam, że jest to przeze mnie znienawidzony gatunek filmowy i poza pojedynczymi przykładami jak „Rocketman” czy zeszłoroczna biografia Robiego Williamsa. Jednak w większości nie jest tak dobrze, szczególnie jak za film odpowiadają bliscy gwiazdy, tak jak tutaj, gdzie rodzina Jacksonna jest zaangażowana w film. Mimo to nie podchodźmy sceptycznie i o czym jest film? No dobra inaczej, kiedy zaczynamy śledzić historie tytułowego bohatera? Od jego młodych lat, gdy ojciec zaczyna formować zespół złożony z jego i czwórki braci. Mają oni męczące próby, podczas których ojciec jest przemocowy, szczególnie w stosunku do najmłodszego Michaela.
Mimo to chłopaki zaczynają dawać koncerty i dość szybko zyskują popularność. Ojciec perfekcjonista dalej znęca się nad chłopakami, którzy stawiają wszystko na karierę muzyczną. Przeskakujemy o kilka lat, gdy chłopcy dostają szanse w dużej wytwórni, gdzie okazuje się, że jej włodarze widzą w Michaelu wielki talent. Jest to pierwszy moment, gdy zaczyna wybijać się on ponad braci i dzięki niemu zaczynają dostawać większe koncerty, a ich muzyka trafia na listy przebojów. Zaczyna to też budzić w Michaelu poczucie, ze więcej osiągnie solowo. Gdy znowu przeniesiemy się w czasie, Michael jest młodym dorosłym, który zaczyna próbować odłączyć się od zespołu, a w szczególności od kontrolującego ojca. Mimo mieszkania w willi chłopak jest nieszczęśliwy i samotny i pustkę zastępuje kupowaniem najróżniejszych zwierząt jako zwierzątka domowe jak małpa czy lama.
Zacznę od plusów, film nie jest streszczeniem Wikipedii, które ma po kolei zaliczać jej punkty. Skupiamy się na kilku okresach w życiu Michaela i kończymy, gdy zaczyna się budować jego legenda. Tak jest to pewnie furtka, żeby zrobić drugi film, a najlepiej trylogię. Jednak oddaje to lepiej niż przebieżka w dwie godziny przez całą karierę. Drugi plus, że film ma swój motyw przewodni, czyli to jak Michael odcina pępowinę od rodziny. Czyli najbardziej relacja z ojcem, która nie bójmy się słów, jest toksyczna. Jest to ukazane mocno sztampowo, acz konsekwentnie. Klasyk gdzie rodzic/trener/nauczyciel wykorzystuje utalentowaną osobę, a potem wyciska ją dla swoich korzyści.
Jednak spokojnie to byłby koniec plusów, bo samo ukazanie bohaterów jest tak nijakie i zero-jedynkowe, że aż boli. Ojciec to tyran, który bije, każe ćwiczyć po udanym koncercie, a potem traktuje syna, jak bankomat kłamiąc, że to interes rodziny. Za to Michael to anioł nie człowiek, bez skazy, który nadstawia drugi policzek. I może fakt tak było, jednak sposób ukazania tego jest tak płytki, że zabiera całą głębię historii. I mogłaby to uratować obsada, acz tak się nie dzieje. Jaafar Jackson w tytułowej roli jest boleśnie nijaki, jego ekranowi bracia jeszcze bardziej, jedynie Colman Domingo jako ojciec jest jakiś, choć przegięty i często karykaturalny.
No ale nie idziemy na taki film dla historii, acz muzyki i tu jest problem. Przez większość filmu samej muzyki nie jest dużo, mamy kilka sesji nagraniowych, gdzie głównym problemem jest to, że Michael tańczy podczas śpiewania. Potem nagrywania teledysków, acz nie ma tego dużo. Za to zdradzając trochę końcówkę, ostatnie kilkanaście minut filmu to istna nawałnica przebojów. Jakby miało to zatrzeć zły wydźwięk filmu, więc macie muzykę, na którą tu przyszliście. Niestety tak jak wcześniejsze sceny muzyczne realizacyjnie wyglądały i brzmiały dobrze. I tu nawet szacunek dla Jaafara za odtworzenie ruchów tanecznych. To na końcu nic się nie zgadza i brzmi, jakby ktoś średnio umiejętnie podłożył muzykę pod nagranie z koncertu, gdzie obraz i dźwięk mają ze sobą mało wspólnego.
„Michael” to nie najgorsza muzyczna biografia, acz w tych dolnych granicach stawki. To boleśnie nijakie dzieło, które nie dowozi realizacyjnie, co chyba boli najbardziej, bo jakby ktoś przyszedł tylko posłuchać muzyki, to ma na to mało słabo zrealizowanych okazji. No ale hej macie bohatera, którego lubicie i śmieszną małpkę, wystarczy?
3/10

