George Washington to bez wątpienia jedna z najważniejszych postaci w historii USA i film skupiający się na jego początkach był tylko kwestią czasu.


Na starcie to podkreślę, że szanuję właśnie fakt skupienia się na wybranym okresie historii Amerykanina. Nie mamy tutaj skrótu Wikipedii… znaczy mamy, ale jej konkretnego wycinka, dzięki czemu możemy skupić się dokładniej na tym okresie. Na początku filmu widzimy scenę z jego końcówki, gdzie tytułowy bohater rusza pomóc swoim przyjaciołom, mimo przegranej sytuacji. To jednak później, bo przenosimy się do dzieciństwa i tu też po krótce, po oglądamy scenę, która ma zniechęcić George’a do wstąpienia do wojska, który ma obiecać matce, że tego nie zrobi.


No i oczywiście robi, a w zasadzie próbuje, przenosimy się do czasów, gdy George jest młodym dorosłym i próbuje dostać się do armii brytyjskiej w USA jak jego przyrodni brat. Różnica jednak jest taka, że jego brat za sprawą ślubu przyjął duży majątek i ważną pozycję. Natomiast George jako młody kawaler bez majątku, może zostać tylko milicjantem. Postanawia wkraść się na imprezę, gdzie rozpoczyna romans z dobrze sytuowaną dziewczyną, a także dostaje się do biura wpływowego zarządcy ziem. Składa mu propozycje, że dzięki znajomości terenów, które są omijane szerokim łukiem, przez innych może stworzyć ich dokładne mapy. Tam trafia na Indian strzegących tych ziem, z którymi zawiera sojusz przeciw wspólnemu wrogowi- Francuzom.


Gdy po powrocie ujawnia Anglikom, że Francuzi zbudowali fort, na terenie uważanym za angielski dostaje szybki awans i rozkaz, żeby zebrał ludzi w celu przepędzenia ich. Tak samo, jak szybko dostał awans, okazuje się, że został pionkiem rzuconym przez anglików na pożarcie. Co się stanie dalej, znamy z historii, film w dużej mierze to historia zemsty, wyjścia z cienia i przeciwstawienia się imperializmowi. Brzmi patetycznie? Oj jak bardzo, a jest w zasadzie jeszcze bardziej. I tak jak szanuje tematy podnoszone przez film, jak przyznanie się do błędów, życie z ciężarem porażki i walka z imperializmem to przedstawione jest to tak banalnie, jak tylko się da.


George pogubił się, ale jest szlachetny i odda życie za swoich, czyli osadników, którzy są prości, ale z dobrym sercem. Anglicy są wyrachowani i okrutni, Francuzi są tak źle, że brakuje, żeby tylko podkręcali wąsa po każdym zdaniu (jeden to robi). Natomiast Indianie są nieobliczalni, ale nie oszukujmy się, kto by nie był, jakby dwa wielkie mocarstwa zorganizowały wojnę o wasze tereny. Sam wątek rdzennych mieszkańców ameryki jest tutaj potraktowany bardzo po amerykańsku i miałem wrażenie, jakby film promował osadników jako bardziej rdzennych mieszkańców ameryki niż prawdziwych rdzennych jej mieszkańców. No, ale walczą z imperializmem, więc są dobrzy, co nie? No moralnie mi to zgrzyta.


Tak jak sceny batalistyczne w tym filmie, którym film poświęca dużo czasu co zrozumiałe, jednak tutaj wychodzą ambicje filmu, który na ekranie kinowym wygląda po prostu słabo. Tak jak zdjęcia samej natury robią wrażenie, tak walki wyglądają po prostu tanio, a efekty specjalne już w momencie premiery są przestarzałe. I dlatego dziwi, że filmu skupia się tak na tym elemencie, bo gdy nacisk położony jest na eksploracje dzikich terenów, wygląda o niebo lepiej. Oczywiście wiadomo, nie jest to tak patetyczne, jak tytułowy bohater szarżujący na strzelających przeciwników i wracający z dziurawym kapeluszem od kul.


„Młody Waszyngton” to filmu, który lata temu byłby zaraz po premierze skierowany na TV Puls czy TV 4 i puszczany co niedzielę o godzinie szesnastej, a teraz zapewne zaraz zawita na VOD. Patetyczne kino historyczne o telewizyjnej jakości, które trafił do kin i obawiam się, że to tylko początek tej opowieści.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *