Andrew Patterson po sukcesie „The Vast of Night” wraca razem z powracającym na ekrany Matthew McConaughey’em.
I przyznam, że poprzedniego dzieła reżysera nie widziałem, tak od nastoletniości byłem wielkim fanem Matthew, który przyciągnął mnie do tego filmu, jak pewnie wielu innych widzów. Poznajemy go też na starcie, gdzie z kolegami w knajpie grają na różnych instrumentach i śpiewają w dziwnie zmontowanej scenie. Przerywają to władze, które mają do głównego bohatera-Amziaha Kinga sprawę. Otóż nasz bohater jest pszczelarzem, a oni chcą dopaść złodziei miodu, żeby to zrobić, Amziah musi szybko opróżnić wielką beczkę miodu. Podczas zamieszania z rozgrzaniem jej, żeby płynny miód wyciekł, przypadkowo poznany miejscowy podchodzi zbyt blisko jednej z maszyn. Następuje skalpowanie, szpital, wyciąganie skóry chłopaka, a główny bohater zaczyna mieć problemy z sercem i też trafia do szpitala, gdzie przebywa oskalpowany chłopak.
I wiecie, do czego to prowadzi? A do niczego, okazuje się, że opróżnienie beczki nie dało żadnych poszlak, a film zapomina o tym wątku. Za to po wyjściu ze szpitala Amziah spotyka w restauracji starą znajomą? No właśnie ciężko stwierdzić, bo dialog z kelnerką jest jednym z najbardziej nietypowych, jakie słyszałem i byłby godny filmu „The Room”. Jedno jest pewne, zespół, w którym gra główny bohater będzie grał koncert koło restauracji, gdzie pracuje owa dziewczyna-Kateri i tam mają się spotkać i pogadać. Brzmi to, jak chaos? A i owszem, bo taki jest ten film przez pierwszą godzinę.
Wtedy też film totalnie zmienia ton i zaczyna się snucie opowieści, o tym w jak wspaniałej społeczności żyją i jak każdy każdemu pomaga. Natomiast Kateri była lata temu pod opieką Amziaha, jako rodzina zastępcza, jednak gdy zmarła żona bohatera dziewczynka ze swoim bratem tułała się do dorosłości po rodzinach zastępczych. To też pokazuje, jak film zostawia dużo wątków w niedopowiedzeniu, nawet ciężko stwierdzić czy specjalnie, czy z pewnego niechlujstwa scenariuszowego. Bo o żonie Amziaha i bracie Kateri nie wiemy, tak naprawdę nic i film nie próbuje nam wyjaśnić co się z nimi stało. Co poniekąd jest ciekawe i odświeżające i nie sprawia, że mamy nadmiar wątków.
Czego film by nie wytrzymał, bo i tak jak wspomniałem, jest szalony… do połowy i nie będę zdradzał, co się dzieje, ale film zmiana się o sto osiemdziesiąt stopni. Tuż przed tym dostajemy scenę.. deratyzacji szkoły, gdzie Amziah, jego pomocnik i Kateri ratują szkołę przed rojem pszczół w sekwencji, która jest komediowym złotem. Gdzie pracownicy szkoły swoimi głupimi decyzjami narażają uczniów i siebie na większe niebezpieczeństwo niż rój. Niestety druga połowa filmu przy tym wydaje się strasznie miałka i jest nijako śledztwem nawiązując do początkowej sytuacji w filmie. Do tego z dość dziwnym moralnie zakończeniem, gdzie film kończy się dwa razy i te zakończenia są właśnie moralnie ze sobą sprzeczne. Co pozostawia dość duży niesmak i pokazuje kolejny raz, że na etapie samego scenariusza już coś mogło pójść nie tak.
Jednak przyszliśmy tutaj dla McConaughey’a i zdecydowanie aktor nie zawodzi. Widać, że bawi się swoją przerysowaną rolą, grając przegięta mimiką i akcentem. Do tego stopnia, że reszta obsady wypada przy nim dość blado, szczególnie Angelina LookingGlass w roli Kateri, która z czasem ma tutaj coraz bardziej wiodącą rolę.
Broni się za to muzyka, dźwięki banjo/ukulele i innych podobnych instrumentów (pardon moja wiedza muzyczna) wkręcają się w głowę i zostają po seansie. Niestety, jeżeli mówimy o warstwie technicznej, to film ma i tu problemy, tak jak przez większość zdjęcia są klimatyczne i oddają tę małomiasteczkową Amerykę dobrze. Tak montaż jest wręcz pozerski i za bardzo stara się „dofajnić” film. Mały minus też za efekty pszczół, które wyglądają jak przeciętny render komputerowy/wygenerowane przez AI.
„Wszyscy moi wrogowie” to film sprzeczności, szalona pierwsza godzina, która balansuje między komedią, filmem klasy B i pochwałą dla małomiasteczkowych społeczności. W drugiej połowie staje się słabiutkim kinem detektywistycznym o zemście.
5/10

