Proces w tytułowej Norymberdze to bez wątpienia jeden z najważniejszych procesów w historii – niezwykły precedens w dziejach sądownictwa, jeśli nie całej ludzkości.

Co na początku dobrze przedstawia najnowszy film Jamesa Vanderbilta. Jednak nie ujmując Amerykaninowi, to nie dla niego większość poszła do kina. Zdecydowanie dla pojedynku aktorskiego Russella Crowe z Ramim Malekiem. Dla których ostatnie lata nie były zbyt bogate w dobre role, jednak są to bez wątpienia duże nazwiska sprzedające filmy. Tak jak wspomniałem, ten zaczyna się od samego pomysłu procesu, wytłumaczenia, dlaczego to tak ważne politycznie, czyli po prostu jak do tego doszło. Potem obserwujemy lekarza psychiatrę, Douglasa, w którego wcielił się wspomniany Malek. Jedzie on do Niemiec z nieznaną misją, na miejscu okazuje się, że ma badać oskarżonych w procesie i w dużym skrócie dbać, żeby ci nie popełnili samobójstwa.

Więc mamy rozmowy Douglasa z czekającymi na proces, w tym, a może przede wszystkim z Hermannem Göringiem, który – jak widzieliśmy wcześniej – sam się poddał w bardzo ekscentryczny sposób. Panowie zaczynają serię rozmów, w których zaczynają się do siebie zbliżać, otwierać na siebie, co było celem Douglasa, który chciał zdobyć zaufanie Niemca. Nie przeszkadza im nawet fakt, że gdy proces został dopięty, wszystkich oskarżonych przeniesiono do aresztu ze spartańskimi warunkami. To tam psycholog rozpoczyna finalną grę, a jednocześnie pomaga w kontaktowaniu się między Göringiem a jego rodziną, zostając niemal jej przyjacielem.

Jak łatwo się domyślić, wtedy zaczyna się proces, jednak nie wybiegajmy za daleko. Choć też każdy zna z historii, jak on przebiegał, i tu trzeba oddać, że historia procesu norymberskiego to idealny materiał na film. Pojedynki słowne świetnych mówców, których nie brakuje w filmie, liczne fechtunki słowne i przeciąganie szali raz na korzyść oskarżonych, a raz obrony. I finalnie moralny pojedynek, bo szczególnie w środkowej fazie film stawia dużo ciekawych wątpliwości moralnych. I tak, oczywistym jest, że to naziści byli tą złą, godną potępienia stroną, ale to też nie sprawia, że Alianci byli z miejsca tymi nieskazitelnie dobrymi. Sami, dopuszczając się wielu aktów, dawali Niemcom pole do obrony w procesie.

Szczególnie ciekawie zaczyna to działać, kiedy Douglas zbliża się do rodziny głównego oskarżonego. Widząc w nich ludzi, którym może współczuć i po ludzku się z nimi związać. Co wpływa na jego odbiór postaci Göringa, w której właśnie coraz częściej widzi nie postać wojskowego, a człowieka. Co potem psuje trochę jeden dialog na peronie, który jednoznacznie stawia czarno-biały moralny osąd. Najpewniej słuszny, ale pozbawiający tych szarości odbioru, a przy tym patetyczny i wręcz na siłę ckliwy. Co kłuje w oczy, bo mimo że jest to produkcja hollywoodzka, to nie ma tutaj ani nadmiernego patosu, ani grania na uczuciach widza poza tą sceną.

Jak już jesteśmy przy graniu, to Russell Crowe jako Göring był niebywale przekonujący, aż momentami zbyt. Niezwykle charyzmatyczna postać, która miała w sobie nad wyraz dużo wdzięku, połączonego z ogromnym mniemaniem o sobie, ale pod tym czuć było kryjącego się fanatyka, który zrobi wszystko dla idei. Świetna rola, która zabiera pierwszy plan Malekowi, który niby był częściej na ekranie, a blednie przy starszym koledze. Choć trzeba przyznać, że nie jest to zła rola i może poza początkiem, gdzie budują go jako psychologa geniusza-ekscentryka, jest bardzo znośny w odbiorze. W tle dobry jak zawsze Michael Shannon, choć w zdecydowanie zbyt zepchniętym na bok wątku.

„Norymberga” to mógł być albo patetyczny film o zwycięstwie dobrych nad nazistami, jak i świetny film ukazujący niuanse procesu, który był bardziej złożony, niż nam się wydaje. Wyszło coś po środku, z czego najbardziej zapada w pamięć bardzo dobry Russell Crowe z najlepszą rolą od wielu lat.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *