Joachim Trier po sukcesie „Najgorszego człowieka na świecie” włączył kolejny bieg i o jego najnowszym dziele było głośno od premiery na festiwalu w Cannes.
Podczas owego festiwalu Duńczyk dostał nagrodę Grand Prix, a film ma już lepszy wynik box office’u niż jego poprzedni film, mimo że nie zapremierował jeszcze na wszystkich rynkach. Film zaczyna się bardzo intensywną sekwencją, gdy Nora, w tej roli Renate Reinsve, ma wyjść na scenę teatru, tylko że tego nie robi. Muzyka się zaczyna, światła odpalają, a Nora ucieka, potem zostaje przyprowadzona siłą i znowu ucieka, aż w końcu daje występ, który zachwyca widownię. Przenosimy się do domu, gdzie ona i jej siostra się wychowały, na spotkanie, gdzie niespodziewanie pojawia się ich ojciec, Gustav, który opuścił je lata temu. Zaznacza, że musi porozmawiać z Norą, która opowiada siostrze, jak wiele ma do niego żalu. Ten jakby nigdy nic proponuje jej rolę w swoim filmie, który określa jako prawdopodobnie ostatni w jego karierze. Ta z niesmakiem zaczyna wypominać mu jego zaniechania jako rodzica i odrzuca propozycję.
Film zmienia perspektywę na Gustava, który na festiwalu filmowym poznaje amerykańską gwiazdę kina Rachel Kemp, która była zachwycona jednym z jego pierwszych filmów podczas retrospektywy na festiwalu. Ten decyduje powierzyć jej rolę, którą pierwotnie napisał dla Nory. Gdy siostry oglądają rzeczy pozostawione w domu rodzinnym, który niedługo ma trafić na sprzedaż, przyjeżdża do niego Gustav z Rachel i jej świtą, żeby pokazać ów dom. Mając nadzieję, że w nim będzie nagrywany jego film.
Od tego historia filmu idzie trochę dwutorowo, a może bardziej dwutematycznie. Z jednej strony jest proces preprodukcji filmu Gustava. Z drugiej mamy temat relacji rodzinnych między siostrami a ojcem. I w tym wszystkim ciężko wskazać motyw przewodni, a nawet głównego bohatera. Na początku wydaje się być nim Nora, potem Gustav, ale film nie daje też zapomnieć o jego drugiej córce, Agnes, jak i Rachel. Ta swoista niejasność sprawia, że do końca tak naprawdę nie wiemy, w którą stronę film zmierza. Ta niewiedza jest z jednej strony bardzo odświeżająca w kontrze do filmów, które tłumaczą wszystko zbyt dokładnie, ale także daje niezwykle dużo satysfakcji z odkrywania historii. Co brzmi jak motyw z thrillera lub kina szpiegowskiego, a nie dramatu.
Do którego należałoby skategoryzować film Triera. Choć w warstwie opowieści o powstawaniu filmu Gustava, a raczej przygotowaniu do niego, potrafi zmienić ton. Nie raz dostaniemy tę skandynawską mieszankę, gdzie ciężkie problemy są przemieszane z humorem. Który jeszcze lepiej działa i taki żart o stołku z Ikei uważam za wybitny, jak prezent dziadka dla wnuczka. Dużo tu kinofilskiej zabawy, Gustav jest w jakiś sposób wzorowany na Ingmarze Bergmanie, tylko takim, który w dobie streamingów nie rozumie świata. Bo to jest jakby postać z innej epoki, czasów gdy filmy kręciło się na taśmie, pracowało z grupą przyjaciół, a plan zdjęciowy to była impreza. Tylko że czasy się zmieniły, a przyjaciel operator kamery chodzi o lasce, a film ma trafić na Netflixa, a nie do kin. W tym Gustav jest postacią tragiczną, szczególnie że widzimy, że jego miłość do kina jest prawdziwa, a jego pożegnanie z nim ma być szczere.
Tylko że w wątku rodzinnym nie jest już tak kolorowo. To on jest tym mężczyzną, który zostawił rodzinę, gdy pojawiły się problemy. Potem wraca i rzuca suche teksty o tym, jak rodzina jest ważna. To jego córki są postaciami tragicznymi, choć przeżywającymi to na swój sposób. Mimo podobnych traum ich życie potoczyło się diametralnie inaczej, dlatego ciekawie oglądać perspektywy ich obu. Z czasem to wątek „tej drugiej” siostry, Agnes, zaczyna się wybijać, gdy jej z pozoru nudne życie – nie jest gwiazdą teatru jak jej siostra, czy kina jak ojciec – okazuje się tym najbardziej spełnionym. Choć jest w nim też wiele pęknięć, które ta próbuje załatać.
Jest też wątek Rachel, której przygotowanie do roli jest ukazaniem tego, jak często z góry niesłusznie oceniamy aktorów/aktorki. Sama bohaterka walczy ze stereotypem gwiazdy z plakatów i rozrywkowych filmów, próbując wpasować się w artystyczne dzieło, aż z czasem rozumie, że zaczyna tracić w tym siebie. Szczególnie gdy zaczyna rozumieć, że to dla córki Gustav napisał tę postać, a wzorowana jest na jego matce, co podbija stawkę osobistości dzieła na wysoki poziom.
I taki poziom też trzyma obsada. Renate Reinsve jako Nora ma tutaj cięższą rolę niż w poprzednim filmie Triera, ale wypada niemal równie dobrze, od intensywnej sekwencji początkowej po bardziej subtelną resztę. Aktorkę, która wcieliła się w jej ekranową siostrę, czyli Ingę Ibsdotter Lilleaas, widziałem pierwszy raz na ekranie i była to również bardzo dobra rola. Chyba najbardziej wyważona z całej obsady, bez popisówek, ale z masą prawdziwości. Popisówki było momentami widać u Elle Fanning jako Rachel, czyli tej gwiazdeczki niepasującej do towarzystwa, która przez to wypadała aż wręcz komicznie momentami, acz z dobrze wygranym procesem zyskiwania samoświadomości. Natomiast popisowa, w tym pozytywnym sensie, była rola Stellana Skarsgårda jako Gustava. Rola wybitna, według mnie najlepsza w jego bogatej karierze, warta każdej nagrody i nie dziwią mnie nagrody jak Złoty Glob, a może uda się Szwedowi dostać Oscara. Na deser Anders Danielsen Lie, tutaj w bardzo epizodycznej roli, ale zawsze go dobrze na ekranie zobaczyć.
„Wartość sentymentalna” to zdecydowanie jedna z najbardziej wartościowych produkcji sezonu nagród. Film, który działa świetnie jako dramat rodzinny, ale i satyra na proces pracy twórczej, a dokładnie preprodukcji filmu, w którym też jest dużo dramatu. Świetnie zagrany, szczególnie życiowa rola Skarsgårda, a rozegrany w pięknych lokacjach. Kino, które porusza, zaskakuje i daje dużo do myślenia.
8+/10

