Kyle Balda do tej pory kojarzony z filmami do najmłodszych przerzucił się na kino familijne.
Nie brzmi to, jak duża zmiana, ale o filmie było głośno, głównie za sprawą znanej obsady, z Hugh Jackmanem, który wciela się w rolę główną, a przynajmniej tak promowaną. Jest on pasterzem dość dużej grupy owiec, pod malutkim miasteczkiem. Jest bardzo przywiązany do nich, nawet nadał każdej z owiec imię. . Co wieczór czyta im książki i tu występuje niespodzianka, bo owce dobrze go rozumieją i są zafascynowane thrillerami detektywistycznymi, które im czyta, za każdym razem dyskutując między sobą, kto w danej powieści jest zabójcą.
Sam pasterz nie jest zbytnio lubiany w mieście mimo swojej dobroduszności, widzimy nawet jego konflikt z innym pasterzem, któremu dzierżawi swoją ziemię. Widzimy jego zaszłości z duchownym i innymi, powiewem świeżości zdaje się przyjazd młodego dziennikarz, który chce napisać swój pierwszy ważny tekst o festynie kultury w mieście. Nie ukrywa jednak rozgoryczenia, gdy okazuje się, że to kilka stołów z lokalnymi towarami i nic poza tym, gdy ma wracać do domu psuje mu się samochód i widzi dziwne postacie na pastwiskach. Gdy owce budzą się następnego dnia, okazuje się, że pasterz nie żyje. Lokalny policjant, po nieudolnym zbadaniu sprawy stwierdza, że umarł z przyczyn naturalnych, jednak wspomniany dziennikarz zaczyna drążyć temat tak jak owce.
Od tego momentu dostajemy dwa śledztwa, jedne prowadzone przez dziennikarza ze zmotywowanym przez niego policjantem, a drugie przez spersonifikowane owce. Kluczowy dla tego momentem staje się odczytanie testamentu, które wprowadza nam nowe postacie i ustala film jako zagadkę zbrodni, lecz tutaj już nie będę za dużo zdradzał. Ważne jest za to ukazanie samych owiec, które stają się głównymi bohaterami. Są to ciekawe archetypy postaci, ale warto wspomnieć, że mają kluczową umiejętność, zapominania na zawołanie negatywnych wydarzeń, przez co żyją cały czas w błogiej nieświadomości. Daje to pole do metafor, oczywiście dość prostych jak to w kinie familijnym, acz ciekawie przedstawionych.
Temat życia w nieświadomości, a nawet wybierania tego świadomie, czy podążania ślepo za grupą jest bardzo ważny. Nawet można odwołać się do klasycznego podążania jak stado owiec. Z drugiej strony bycie outsiderem, tutaj w postaci jagniąt, które narodziły się w zimę, jako tych odrzuconych przez stado. Co daje im najwięcej doświadczenia życiowego, ale kosztem ciężkich przejść. Przechodząc do ludzi mamy tutaj opowieść na temat ambicji, wychodzenia poza strefę komfortu, czy zostawanie w ramach społecznych.
Na pierwszym planie filmu cały czas mamy opowieść pod tytułem „kto zabił” i przyznam, że jest bardzo dobrze zbudowana. Jakby wszystkie puzzle pasowały idealnie na miejsce, ale film świadomie też rzuca fałszywe tropy. Trochę będący dekonstrukcją gatunku, gdy bohaterowie komentują typowe motywy z książek detektywistycznych. Bez wątpienia działa to dzięki bardzo wyrazistym postaciom i ludzi i owczyczm. Nawet zaryzykuj stwierdzenie, że te pierwsze są ciekawsze. Szczególnie że uważam, obsada nie dowozi i tak jak koncept personifikacji zwierząt tu dobrze działa to obsada zbytnio zagrywa się w stylu kina familijnego.
„Sprawiedliwość Owiec” to dobre kino familijne, które oczywiście ma swoje bolączki i uproszczenia. Mimo to działa bardzo dobrze jako opowieść kryminalna, która trzyma w napięciu do samego końca, ale też potrafi rzucić nie jedną ciekawą metaforą. Na pewno idąc na film międzypokoleniową rodzinką, będzie zaczynkiem do wielu ciekawych rozmów.
6/10

