Carla Simón po sukcesie, jakim był złoty niedźwiedź w Berlinie za film „Alcarràs”, stała się jedną z najważniejszych reżyserek światowego kina i jej film z wątkami autobiograficznymi był bardzo wyczekiwany.
Nie jest to jedyny podobny pod tym względem film, „Lato 1993” uderzało już w podobne wątki. Mający swoją światową premierę w Cannes, a Polską oczywiście na Nowych Horyzontach film opowiada historię młodej dziewczyny, Mariny. Jest ona w podróży do Galicji, żeby poznać prawdę o życiu jej rodziców. Jednak punkt wyjścia historii jest dużo bardziej prozaiczny, pieniądze, a dokładniej stypendium. Marina musi zdobyć podpis od dziadków pod jednym z dokumentów i wyrusza w podróż do miejsca, gdzie młodość spędzali jej rodzice.
Tam właśnie zaczyna dowiadywać się coraz więcej o nich. Warto zaznaczyć, że dziewczyna została wychowana przez matkę, a ojca na dobrą sprawę nie pamięta. Podczas wyjazdu zaczyna odnajdywać pamiętniki mamy i dowiadywać się z nich coraz więcej, jednocześnie odnawiając relacje z dalszymi członkami rodziny. Samo zdobycie podpisu do stypendium staje się później celem drugorzędnym i bohaterka zaczyna grzebać w tożsamości rodziny i odkrywa, że ta wypiera się faktów z przeszłości, których Marina próbuje dociec.
Film bardzo subtelnie tka opowieść, w której bohaterka poznaje przeszłość swoich rodziców. Jest to prowadzony mocno w stylu Hiszpanki, sprzątając opowieść w dialogach, pojedynczych rozmowach, czy zapisanych notatkach. Świetnie to buduje emocje w naturalny sposób, opierając się na subtelnościach, gdzie każda rozmowa otwiera po rąbku tajemnic sprzed lat. I tu zdradzę szczegół z drugiej połowy filmu, który też za dużo nie zdradza. Film przedstawia retrospekcje wspomnień matki głównej bohaterki, gdzie dosłownie opisuje wszystkie wydarzenia, o których do tej pory mówił czasem metaforycznie, a czasem niedopowiadał detali. Z mojej perspektywy strasznie zburzyło to klimat tajemnicy, tak dobrze budowanej do tego momentu, którą jednak dało się rozwikłać bez tej dosłowności.
Jest wyświechtane przysłowie „ważna jest droga, nie chodzi o cel” jednak do tego filmu pasuje bardzo dobrze. Podczas trwania filmu bohaterka tak naprawdę zmiana cel, z uzyskania stypendium na dowiedzenie sie prawdy o jej rodzicach. Snuje opowieść o życiu bohaterów, którzy dawno już odeszli, można powiedzieć, że nigdy nie byli jej częścią. Pasuje to do snującego się tempa filmu, od rozmowy do rozmowy, bez większej akcji i właśnie z tą pajęczyną informacji, które dawkuje nam film. Jednak nie można powiedzieć, że film się dłuży, głównie dzięki bardzo dobrze napisanym dialogom. Dużo w nich czułości, prawdziwych emocji, ale też nie raz potrafią rozbawić, patrz postać babci głównej bohaterki.
Niestety jest to w pewnym momencie psute przez wspomnianą retrospekcje, co nie nie zmienia tego, jak ten film wygląda. Galicja ukazana w tym filmie jest malowniczo prześliczna, tereny nadmorskie, wysepki, samo morze. Jak to u Carli Simon bywa, sceneria jest piękna, a kamera to oddaje, piękne kadry świetnie grają z miejscem, natomiast sceny we wnętrzach mają ciepło atmosferę, która wpływa na odbiór filmu.
„Romería” mogła być bardzo ciekawym dramatem, w którym autorka pośrednio odkrywa przede widzem prawdę na temat swojej przeszłości, czy w tym przypadku jej rodziny. I przez długi czas jest, do pewnego momentu, ale retrospekcja, która tłumaczy wszystko, niszczy tą delikatnie tkaną opowieść, mimo to udowadnia, że Carla Simón potrafi w subtelne rodzinne dramaty.
6/10

