Film otwarcia festiwalu Millenium Docs Aginst Gravity, czyli moje pierwsze zetknięcie z twórczością Michała Marczka.
Jednak na pewno nie ostatnie, sam reżyser przed seansem zaczął z wysokiego c, czyli cytatu z Kieślowskiego o tym, że fabuły powinny przypominać dokumenty, a dokumenty fabuły. I tak jest tutaj, bo to oczywiście film dokumentalny, ale ogląda się go jak dobry thriller, który zaczyna się od enigmatycznej sceny. Mężczyzna zrzuca z jednego z Warszawskich mostów kukłę przypominającą człowieka z nadajnikiem GPS, którą zaczyna śledzić. Co finalnie się nie udaje, a my słyszymy rozmowy o poszukiwaniach jego zaginionego syna. W następnej scenie przyjaciel zaginionego odtwarza dzień jego zniknięcia i mówi nam swoją teorię na ten temat. Chłopak wyjawia, że na monitoringu nie było widać momentu skoku do Wisły, a zaginiony miał wystarczająco czasu, żeby zejść z mostu i zniknąć w bulwarach.
Ta wersja wydarzeń daje nadzieje, że chłopak żyje. My natomiast obserwujemy kolejne wyprawy jego ojca, który próbuje odnaleźć jego ciało w Wiśle. Po których następują rozmowy z pozostałymi członkami rodziny, którzy nie są przekonani czy mężczyzna dobrze robi. Jego żona, matka zaginionego cały czas wierzy, że syn się odnajdzie, natomiast dziadek zaginionego widzi destruktywny wpływ działań syna na samego siebie oraz relacje w rodzinie. Pomiędzy tym rodzina dostaje dużo zgłoszeń, że zaginiony chłopak był gdzieś widziany, do czego każdy dopisuje swoją historię.
Nie będę oczywiście zdradzał, jak historia się zakończyła, choć jak sam film nasz informuje w pewnym momencie było o niej, głośno w mediach. Choć sam rezultat nie wydaje się najważniejszy, a właśnie proces. Zacząłem od tego, że ten dokument ogląda się niczym thriller i to taki dobry i jest to prawda. Napięcie jest dobrze budowane, cały czas czujemy tę niepewność, jednak świetnie też działa jako dramat i jednostki i rodziny.
Centralną postacią jest ojciec zaginionego, to on wyrusza cały czas na poszukiwana, szuka nowych sposobów, które nie dają skutków. Nie bez wpływu na jego psychikę, film porusza temat tego, kiedy przestać, kiedy staje się to paranoją i osiągania punktu bez odwrotu. Bardzo ważny jest wpływ na rodzinę, dla której jest niemal nieobecny, sam jednak czując dług wobec zaginionego syna, którego nie może „zostawić”. I tutaj wyłania nam się kolejna warstwa filmu, opowieść o ojcostwie, relacjach z dziećmi, które nie raz są zaniedbywane. Bohater, cofając się w publikacje swojego syna na mediach społecznościowych, zaczyna zauważać znaki, które syn dawał, których wtedy nikt nie widział. Bo zbiorowa opinia jest taka, że odebranie sobie życia to nie w jego stylu, ale tu wraca temat, czy tak naprawdę kiedykolwiek ktoś się tym interesował.
Formalnie to bardzo naturalistyczne dzieło, wszystkie skojarzenia z fabułami to sprawa świetnych ujęć oraz montażu, jednak w filmie nie ma kreacji. To sytuacje z życia, przez co film chwyta jeszcze bardziej emocjonalnie. Natomiast wizualnie bywa naprawdę świetny, mieszając dużą ilość bliskich kadrów na bohaterów z kadrami pokazującymi potęgę natury, Wisłę w jej pełnej szerokości z kreatywnym użyciem drona.
„Bez końca” to świetny dokument i powtórzę się, ale naprawdę ogląda się go jak thriller, który jest jednocześnie świetnym dramatem. Pokazuje, jak tragedia wpływa na rodzinę, a ciągła niewiadoma doprowadza do szaleństwa, a to tylko wierzchołek góry lodowej tematów, które porusza.
8/10

