Łukasz Palkowski po sporym sukcesie filmów „Bogowie” i „Najlepszy” poszedł w stronę seriali na kilka lat, żeby teraz wrócić na duży ekran z bardzo niecodzienną obsadą.


Choć z Jakubem Gierszałem, który tutaj wciela się w główna rolę, współpracował wiele razy. To gra on tutaj na kontrze zeznanym z „Gry o Tron” Aidan Gillen, a w bardziej drugoplanowej roli występuje Bogusław Linda, którego ostatnio nie widzimy zbyt często na ekranie. Tego pierwszego poznajemy w scenie otwarcia, gdzie w namiocie wśród wysokiej rangi żołnierzy dowiadujemy się, że rosja podpisała pakt z nazistami i zaatakowała Polskę. Karol, bohater grany przez Gierszała wychodzi z namiotu, na który spada bomba, a on zaczyna uciekać przed kulami, które oczywiście go nie trafiają, a ten finalnie trafia jako jeniec do obozu.


Tam rozgrywa się niemal cały film, Karol w drodze do „rejestracji” niszczy swoje dokumenty i podaje się za swojego zmarłego kolegę. Jednak szef obozu, grany przez Gillena wyczuwa to i w tym momencie panowie zaczynają grę pozorów. Bo Karol to wielki pianista, wybitny muzyk znany na całym świecie i z perspektywy Radzieciej władzy byłby świetną maszyną propagandowa, do czego wspomniany szef obozu ma przekonać. Do ukazania swoich planów częściowo używa swojego syna, dla którego muzyk ma być nauczycielem, czego początkowo odmawia. Karol grając w grę pozorów jednocześnie próbuje uciec z obozu, a my oglądamy codzienne życie w nim polskich elit wojskowych zgromadzonych w za ciasnym budynku.


I na papierze przyznam nie brzmi to źle, niestety sam tytułowy pojedynek wypada bardzo miernie. Film widzowi od startu wykłada wszystkie szczegóły, cele postaci, stawkę, dosłownie wszystko. I jeszcze początkowo jest to ratowane przez postacie i aktorów. Niestety im dalej w film tym widać jak prostolinijnie są obaj napisani. Szef obozu to intelektualista ekscentryk, kontra dla reszty rosjan ukazanych tutaj jako ludzie pierwotni. Natomiast Karol to gen geniusz egoista, który pod naporem pokazuje swoje dobre serce. Nudne to i niejakie, a sam film bardzo opiera się na takich banałach.


Polane to jest sosem patetycznego patriotyzmu, czyli pozycji obowiązkowej dla polskiego kina historycznego. Czego największymi ofiarami są bohaterzy drogoplanowi-inni Polacy w obozie. Którzy mają w teorii ciekawe fasady, ale to waśnie to tylko fasady, bo pod nimi każdy to po prostu ta sama postać. I jedynie gdzie to w miarę działa to Karol uczący syna naczelnika łagru gry na pianinie, ale tak naprawdę patriotyczne trolling i na przykład uczy chłopaka hymnu polski bez kontekstu. Zaśmiane, ale nie pomaga to w całości.


Tak jak sceny akcji. I tu już ta pierwsze to był taki zestaw zbiegów okoliczności, że to bolało, do tego głupot, patrz zabicie osoby przekazującej Karolowi wiadomość/rozkazy. Potem samej akcji nie ma za wiele, tu jakaś bójka, tutaj ktoś zostanie ogłuszony w głowę, to zdecydowanie lepsze. Zdecydowanie lepiej do ogólnego klimatu dzieła pasuje sytuacja gdzie uderzenie kolbą karabinu nokautuje, niż Gierszał tańczący między kulami.


Wcześnie napisałem, że początkowo główna oś fabuły ratowana jest przez aktorów i po części to prawda. Niestety mam wrażenie, że obaj Gierszał i Gillen po prostu nie mają czego grać. Ten pierwszy występuje na swoim równym dobrym poziomie, ponad który się nie wznosi. Irlandczyk wygląda, jakby leciał na autopilocie i gra tyle ile musi. Z drugiego planu zaskakująco najlepiej wypada Wojciech Mecwaldowski, chyba najbardziej autoironiczny w swojej postaci żyda-matematyka. No i jest Linda, który jest lekarzem alkoholikiem, który pojawia się rzadko i może to i dobrze, bo nie zdąży nas zmęczyć swoją osobą.


No i takie to polskie kino historyczne jest, Ja rozumiem, że ważny temat, ale jakie to jest łopatologiczne i prostolinijne to aż boli. Niestety tony patosu są ważniejsze niż robienie dobrego kina, nawet jeżeli mamy do tego dobre narzędzia w postaci porządnej obsady, która tutaj się marnowana.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *