Pamiętacie pierwszą część, opowieść o Finie, który kosił całe oddziały wojsk radzieckich podczas drugiej wojny?
No ja w sumie wolałbym nie. W sensie to nie był zły film, ale przypominał bardziej grę z ubogą fabułą i dobrą rozgrywką, tylko że to był film, a my ją oglądaliśmy. Między częściami zdążyła skończyć się wojna, na której Finowie stracili część terenów, przez co mieliśmy masowe przesiedlenia osób, których domy znalazły się po radzieckiej stronie. Jedną z nich był główny bohater filmu, który jedzie zebrać swój dom, złożyć go, wrócić do Finlandii i tam go odbudować. Plan prosty, radzieccy strażnicy wpuszczają go w głąb swojego kraju, ten dojeżdża do domu, gdzie w patetycznej scenie bardzo źle udaje wzruszenie, składa dom i wyrusza w drogę powrotną.
W tym samym czasie na Syberii osadzony Yeagor Dragunow, czyli zabójca rodziny Fina, zostaje wypuszczony pod warunkiem, że ma dokończyć dzieło i go zabić. Od tego momentu film jest podzielony na rozdziały, które bardziej przypominają etapy z gier niż opowieść filmową. Najpierw mamy pościg motocyklistów za ciężarówką Fina, która jest czymś pomiędzy „Mad Maxem” a filmami Sama Peckinpaha. I może brzmieć to dobrze, bo ten pierwszy rozdział taki jest, brutalny, kreatywny, choć mocno umowny i naiwny i nie oszukujmy się, główny bohater powinien kilka razy zginąć w trakcie tylko tego pierwszego pojedynku. Na końcu którego wymienia spojrzenia z Dragunowem, ale specjalnie go nie zabija.
Od tego momentu film coraz bardziej odlatuje, a każdy kolejny rozdział to bardziej nietypowe i brutalne sceny walki i może brzmi to ciekawie, ale nie powiedziałbym, że tak jest. Ja nie chcę tutaj się czepiać realizmu filmu, jest to jakieś uproszczenie dla zachowania tempa i widowiskowości, ale od pewnego momentu absurd goni absurd, a głupota głupotę. Podlane jest to naiwnością, syndrom szturmowca jest tu wyniesiony do rangi ekstremum, a główny bohater od odniesionych ran powinien umrzeć kilkanaście razy.
Więc mamy po kolei, pokonanie dwóch myśliwców jadąc ciężarówką, przeżycie utonięcia czy wybuchu w czołgu z obowiązkowym saltem owym czołgiem. No dobrze, może zdradzam za dużo, ale dużo za dużo krwi też nasz bohater stracił, żeby przeżyć i co? No nie będę mówił, ale można się domyśleć. Swoją drogą samej krwi też jest masa i brutalność weszła na nowy poziom i szczerze mówiąc czułem tym zmęczenie. Film jakby pławił się w tym, jak dużo cierpienia może pokazać, tylko po to, by bohater mógł z tego wstać jak gdyby nigdy nic. Momentami było to aż obrzydliwe. I nie odmawiam tu kreatywności w wymyślaniu scen walk, nietypowych pojedynków, ale najczęściej była to pusta widowiskowość.
Czy film oferuje coś poza walką? No oczywiście jest cała historia zemsty, znaczy no nie wiem czy jest. Chłop najpierw jedzie złożyć swój dom, tam mamy ckliwe sceny, gdzie spaceruje po nim, przypominając sobie jak jego rodzina żyła, a na koniec płacze do zdjęcia, co jak wspomniałem jest bardzo słabo zagrane. Potem mamy pościg Yeagora, czyli jego zemstę i kontrę, tak naprawdę nie ma to większego wytłumaczenia poza ukazaniem przemocy.
I ja wiem, że są filmy, ba świetne filmy, które skupiają się na walce, scenach batalistycznych, często bardzo brutalnych. Tylko robią to lepiej po pierwsze, a po drugie są jakkolwiek spójne. Tutaj spójny jest tylko brak sensu i przesadzona brutalność, czyli podniesiona do kwadratu pierwsza część wyolbrzymiła tylko problemy filmu i przykryła w deszczu krwi jego plusy.
3/10

