Chritopher Nolan po sukcesie „Oppenheimer’a” wraca do nas z wielce wyczekiwanym dziełem.


Film, o którym mówiło się, że w obsadzie zaangażowane jest pół Hollywod, ćwierć miliona budżetu i ogromna kampania marketingowa. I do tego premiera latem, czyli nie oszukujmy się, w kinach sezon ogórkowy nie mogła przejść obojętnie. Nie zaskoczę tym, że opowiada znaną pewnie większości historię tytułowego Odyseusza. Jego tułaczki do domu, jednak robi to w niechoreologiczny sposób. Zaczynamy od wątku jego syna i żony, którzy zostali w domu, czyli na Kreci, gdy ten wyjechał na wojnę w Troi. Wszyscy wiedza, że dzięki odwadze i sprytowi tytułowego bohatera Troja padła, ale od tego wydarzenia minęły lata, inni dowódcy już wrócili do domów, a Odyseusz nie. W tym czasie w Krecie zaczęło roić się od zalotników, którzy przekonują żonę Odyseusza, że ten nie żyje i żeby poślubiła któregoś z nich. Póki tego nie uczyni, mogą przebywać na Krecie, korzystając z Zeusowego prawa gościnności.


Wywołuje to spory bałagan i syn Odyseusza, który wchodzi w dorosłość, postanawia wyruszyć do Sparty, żeby szukać odpowiedzi na pytanie, co z ojcem. Nam zaginiony znajduje się w tym czasie na nieznanej wyspie z kobietą, która go uratowała, acz od nieznanego czasu odurza, żeby ten przy niej został. Ten powoli zaczyna przypominać sobie fragmenty wydarzeń od zdobycia Troi, po dzień dzisiejszy i my oglądamy to w formie retrospekcji.


Także wątek tytułowego bohatera składa się z poszczególnych „przygód” Odyseusza z jego tułaczki. Skupia się na tym, jak wydarzenia te doprowadziły go do tego miejsca, a co chyba ważniejsze do stanu, w którym teraz jest. Stopniowa utrata ludzi, rany fizyczne, ale co ważniejsze te psychiczne. Film skupia się na poświęceniu, traumie, tym czym jest wojna i jakie instynkty budzi w ludziach, a to tylko wierzchołek góry lodowej tematów, jakie podejmuje. Problem jest w tym, jak to robi. W pewnym momencie film wchodzi w schemat: długi dialog bądź monolog, który jest ekspozycją wprowadzającą w temat, potem akcja ukazująca to i kolejny dialog bądź monolog, który jest ekspozycją podsumowującą. I potem to samo tylko inne wydarzenie, odnoszące się do innego tematu.


Niestety jest to dość upraszczające dla poruszanych tematów, które w pewnym momencie wyglądają jak lista do odhaczenia. Oczywiście pośród tych pojedynczych historii są bardzo dobre i te słabsze trzymają poziom, to za dużo tutaj próby usystematyzowania. Co niestety w długim dystansie filmu zabija emocje. Te wydarzenia, które mają budować Odyseusza, robią to dlatego, że tak nam powiedział dialog, a nie dlatego co się wydarzyło. Jakby te wszystkie wydarzenia były jałowe. Film więcej emocji wpuszcza w wątku syna i matki głównego bohatera, z tym że poza początkiem jest on ewidentnym wątkiem drugoplanowym. Choć tu należy oddać szacunek i bez zdradzania za dużo, że wątek ten bardzo dobrze pracuje na to, co zobaczymy w trzecim akcie nadając mu stawkę.


Przejdźmy jednak do zalet tego filmu, bo Nolanowi trzeba oddać, że potrafi zbudować epicki trzygodzinny obraz, który niebywale wciąga. Nie dziwi to, że pod względem technicznym wszystko jest dopięte na ostatni guzik i mimo że mistrzostwem tego była według mnie „Dunkierka”, to tutaj działa to również w tej epickiej skali. Każdy pojedynek na miecze, scena sztormu, czy inna scena batalistyczna po prostu robią wrażenie. Ich rozmach, ale też dbałość o szczegóły i nie będę tutaj wgryzał się w historyczną poprawność (choć chyba bardziej powinniśmy skupić się na mitycznej poprawności, ale nie o tym). To jest niezwykle kunsztowne dzieło, które łączy rozmach, epickość i patos z pochyleniem się nad jednostką. Film, który jednocześnie opiewa męstwo walczących i wspomina o tym, że ludzie w koniu trojańskim niemal topili się we własnych odach.


Nie zaskoczę też, jeżeli w dużej mierze to sprawa stałego duetu współpracowników Nolana, Hoyte Van Hoytemy i Ludwiga Göranssona. Ten pierwszy od strony wizualnej dostarczył kolejny raz produkt najwyższej jakości. To za sprawą jego zdjęć film jest jednocześnie tak epicki i czytelny w obrazku, tutaj można przypisać wszystkie przymiotniki o kunsztowności. Natomiast muzyka Szweda może nie jest tak rzucająca się w oczy… znaczy uszy, ale też potrafi świetnie budować klimat pojedynczych scen, przez co filmu jako całości.


Nie mogę powiedzieć tyle dobrego na temat obsady tego filmu, trochę mając wrażenie, bezduszności tego filmu. Od głównych postaci, zagranych przez Matta Damona, Anne Hathaway, czy Toma Hollanda przez drugi plan niemal wszyscy są boleśnie bezbarwni. Oczywiście technicznie zagrane jest to dobrze, lecz brakuje tutaj głębi, jakby aktorzy grali z ograniczeniami. Natomiast jak dało im się wolną rękę, czego najlepszym przykładem będzie Robert Pattinson, jako jeden z zalotników królowej krety wchodzi to w dość sztampowe przerysowanie. Ciężko wskazać nawet pozytywnie wybijającą się jednostkę, może Jon Bernthal jako Menelaos, choć pewnie to kwestia wpasowania się w nowożytne wyobrażenie Spartana.


Chritopher Nolan jako architekt kina buduje tutaj obraz ze świetnych i dobrych elementów, któremu zabrakło duszy. To film, który mimo swojej brutalności, ciężkich tematów, jakie porusza, a przede wszystkim długiej formy jest bardzo wciągający i ogląda się go dobrze. Niestety finalnie zostawił mnie z pustką, może dlatego, że próbował wszystko zanadto usystematyzować, a może dlatego, że nie wpuścił emocji. Wiem, że wolałem błądzić z Harvey Keitelem w „Spojrzeniu Odyseusza” Theodorosa Angelopoulos’a, ale oddaje Nolanowi, że zbudował techniczne widowisko najwyższej klasy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *