Pedro Almodóvar po nagrodzie w Wenecji za swój poprzedni film wrócił z premierą do Cannes.


Film nie przyjął się zbyt dobrze i wśród krytyków i publiczności, jednak tak było z poprzednim, który dostał złotego lwa. W najnowszym dziele opowiada historie w historii, film w filmie. W tej zewnętrznej opowieści przygląda się emerytowanemu reżyserowi, Raulowi, który jest cały czas aktywny zawodowo i pisze scenariusz swojego dzieła. W tym czasie odchodzi od niego jego prawa ręka, kobieta w średnim wieku, która pracowała dla niego wiele lat. Ten zaczyna opisywać wątek z jej życia w swoim scenariuszu.


Tu przechodzimy do opowieści w opowieści, jest to dość typowy przykład melodramatu. Przepracowana pisarka zaczyna dostawać ataków paniki. Jej dużo młodszy partner wspiera ją, acz z czasem zaczyna mieć problem z tym że jego życie kręci się tylko wokół jego partnerki i jej problemów. Jednocześnie dostajemy historię ich poznania i początków relacji. Gdy kobieta wyjeżdża na jakiś czas, sprawy zaczynają się komplikować, a ją zaczyna doganiać własna przeszłość, z którą łączą się nie najprzyjemniejsze wydarzenia z teraźniejszości.


W strukturze film podzieliłbym na jedną czwartą do opowieści Raula i trzy czwarte dla jego dzieła. I tutaj mój największy zarzut do tego filmu, bo uważam, że sama historia twórcy jest dużo ciekawsza niż jego dzieło. Dzieło, które powstaje tak jakby w czasie rzeczywistym, co jest ciekawym konceptem, ale sam melodramat jest po prostu dość nijaki i nudny. Przypomina po części poprzedni film reżysera, czyli „W pokoju obok” z tym, że uważam, że jest jeszcze bardziej nijaki.


Może to po części kwestia obsady, tam mieliśmy bardzo dobrze zgrany duet. Tutaj wszystko wydaje się… no nie chce nadużywać słowa „nijakość”, ale to kolejna jego odsłona. Autentycznie pisząc to, w dwa dni po obejrzeniu filmu zapamiętałem tylko, fakt długiego męskiego striptizu i to, że bohaterka cały czas wspomina o Xanaxie.


W tym akapicie będą ważne informacje odnośnie do końcówki filmu.

I dalej bym krytykował film i oglądają go w mniej więcej trzech czwartych długości miałem dość. Jednak końcówka to czysty pokaz geniuszu Almodovara. Film wraca do perspektywy Raula, żeby skonfrontować go z jego byłą menadżerką, która zarzuca mu bazowanie na tragedii jej bliskiej osoby. Film w jednej rozmowie robi dekonstrukcje etyczności brania historii z życia, czym jest prawda, a inspiracja i istoty scenopisarstwa. Tak jak kiedyś kochaliśmy dialogi w filmach Hiszpana, to tutaj dostajemy powrót na niewyobrażalnie wysoki poziom. Jednocześnie, dekonstruując swoje dzieło. Tylko, że tu pojawia się problem. Raul zdaje sobie sprawę z mankamentów swojego dzieła, tylko że my jego ekranizację na bieżąco oglądaliśmy. Czytaj Almodovar świadomie kręci nijaki melodramat i wypełnia nim trzy czwarte swojego filmu, żeby go potem skrytykować i rozważać o wspomnianych wyżej tematach. Jest to jednocześnie odważne, ciekawe, ale też sprawia, że przez większość trwania filmu będziemy oglądać coś nijakiego.


I sam stoję w rozkroku, bo z jednej strony kupuje ten końcowy motyw Almodovara, ale też wynudziłem się przez zdecydowaną większość seansu. Film świetnie działa jako autoironia, jak i dekonstrukcja kina i tematów z nim związanych, szkoda że żeby to zrobić musi najpierw zniechęcić widza do oglądania.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *