Alejandro González Iñárritu po mieszanym przyjęciu jego poprzedniego filmu „Bardo, fałszywa kronika garści prawd” wraca z jeszcze bardziej polaryzującą…
Klapą, a przynajmniej finansową, bo weekend otwarcia w USA sugeruje, że film nie tylko nie zarobi, ale będzie jedną z największych wpadek kasowych w XXI wieku. Na start mamy plansze, żeby nie zdradzać fabuły, a w zasadzie zwrotu akcji i uszanuję to i szanuję, że w materiałach promocyjnych udało się tego uniknąć. Film więc opowiada historię tytułowego Diggera. Podstarzałego szefa firmy, która wydobywa ropę naftową, na Alasce, ale co ważniejsze dla fabuły na początku w Grenlandi. Oglądamy jego poranek, gdzie dokarmia swoją umierającą kotkę, jak się szybko okazuje sztucznie utrzymywaną przy życiu, przez weterynarzy bojących się przeciwstawić głównemu bohaterowi.
Tak, jak naukowcy, którzy próbują zgłosić mu problem na Grenlandii, a dokładniej szczelinę, która się rozrasta i sprawia zagrożenie ekologiczne. Gdy Digger po raz kolejny olewa problem, tak jak rozmowę biznesową z siostrą naukowcy finalnie docierają do niego z jeszcze gorszą informacją. Stacja badawcza w Grenlandii wybuchła, a szczelina sprawiła oderwanie ogromnej kry lodu, która sunie w stronę Skandynawii mogąc spowodować zalanie setek tysięcy ludzi. Digger zwołuje spotkanie z prezydentem i ważnymi generałami, żeby dojść do jakiegoś rozwiązania.
Film ukazuje niezbyt odległą przyszłość, z nakierowaniem na Amerykę, oczywiście ze sporą hiperbolą. Co jest oczywiście krytyką kierunku, w jakim obecnie zmierzają stany, czy to przez rząd, czy korporacje i te dwie grupy są tutaj wyśmiewane. Zaślepienie, ignorancja czy nadmierna pewność siebie, którymi się kierują, są wyniesione do rangi ekstremum, ale gdzieś wewnątrz mają dużo sensu. Korporacje, które wykorzystają środowisko naturalne, rządy, które na to przymykają oko dla korzyści, czy z drugiej strony konsumenci głośno to krytykujący, sami korzystający z dobrodziejstw społeczeństwa hiper-kapitalistycznego.
I sama krytyka, która jest jednocześnie satyrą, jest tym elementem, który może odrzucić, lub przekonać do siebie. Osobiście bawiłem się na filmie świetnie, jednak rozumiem, że owa satyra jest bardzo wprost i bardzo przerysowana, choć z czasem wchodzimy w większe niuanse, tak bez wątpienia wiemy, po której stronie stoi reżyser. Widziałem też zarzuty, że jego krytyka jest mocno spóźniona i po części byłbym w stanie się z tym zgodzić, acz jest dalej aktualna, a może jeszcze bardziej?
Stylistycznie film jest niezwykle ciekawy, niemal wyprany z barw, pokryty jakby kurzem, a może nawet brudem. Iñárritu nie raz zaskakiwał ciekawymi zagrywkami formalnymi, patrz „Birdman” i tamtejszy oszukany mastershot, acz tutaj dalej świetnie bawi się formą, co jak satyra w tym filmie. Przez jednych będzie uznane za pozerstwo, a ja kupiłem sztuczki Meksykanina i uważam, że film prezentuje się świetnie.
Tak jak obsada, Tom Cruise w głównej roli, który w końcu nie jest odmładzany, a wręcz postarzany wypada świetnie. Mieszanka gry ciałem, przesadzonego akcentu, tej pompatycznej „amerykańskości” z byciem w gruncie rzeczy zagubionym bohaterem. John Goodman jako prezydent w cudownie absurdalnej roli, ze świetnym komediowym timeingiem. Z drugiej strony równie świetny Riz Ahmed, jako ten jedyny naukowiec, który potrafi przemówić do głównego bohatera. Postać tragiczna rozegrana na śmiesznie i to działa tak jak postać siostry tytułowego bohatera, bardzo dobrze zagrana przez Sandrę Huller, tutaj nieco bardziej na poważnie, ale ze sporym twistem.
Bez wątpienia „Digger” to kino nietypowe, odważne formalnie, ze świetną obsadą i hiperbolą obecnych stanów zjednoczonych przedstawioną jako satyra. Osobiście bawiłem się świetnie, mimo że miałem kilka zgrzytów podczas seansu, to dla mnie film broni się jako całość, choć nie dziwię się, że z tych samych powodów może odrzucać.
8/10

