Prosto z tegorocznego przeglądu Un Certain Regard na festiwalu w Cannes, najnowszy film Sandry Wollner.
Film został u nas bardzo dobrze przyjęty, czy to na festiwalu Nowe Horyzonty, czy Warszawskim, gdzie miałem przyjemność go oglądać. Opowiada historię rodziny, matki z dwójką dzieci, którzy mają wyjechać na wakacje. Na początku poznajemy perspektywę starszej córki, która daje korepetycje swojemu koledze i wymyka się z domu, żeby się z nim spotkać dzień przed wyjazdem. Spędzają całą noc razem, a poranek kończą na dachu. Tam wydarza się tragedia.
Nie sposób uniknąć tego wydarzenia, ustawia ono cały film, który jest tak naprawdę żałobą po dziewczynie. Żałobą rodziny, żałobą jej chłopaka, który po jej śmierci zaczyna się zbliżać do jej rodziny, jako rodzaj radzenia sobie ze stratą. Tam jest przyjęty przez matkę dziewczyny niemal jak syn, choć czuć z tyłu wyrzuty odnośnie do sytuacji.
Tyle chciałbym zdradzić, bo mimo że film nie opiera się na samej historii, ani tym bardziej na zwrotach akcji, to nie jest on opowiadany w prosty sposób, a odkrywanie tego samemu jest bardzo wciągające. Jednak przede wszystkim to opowieść o ludziach pogrążonych w żałobie i radzeniu sobie z nią. Każdy z bohaterów robi to na inny sposób, a film nie ocenia, które podeście jest słuszne. Film daje bohaterom przeżyć tę żałobę pod każdym względem, momenty, gdy jest dobrze, jak i te, gdy jest źle. Często też konfrontując ze sobą bohaterów, gdy na przykład matce głównej bohaterki zwracana jest uwaga, że zachowuje się, jakby nic się nie stało. Lub odwrotnie, ona nie potrafi się zachować, gdy partner jej córki rozkleja się przy niej, oczekując pocieszenia.
Sam film jest niezwykle ciekawy formalnie, bardziej niż linearną opowieść przypomina senną baśń utkaną z pojedynczych wspomnień i momentów. Przypomina to trochę „Aftersan” eksplorują to, jak działają wspomnienia, bo przecież to jak jej pamiętamy, nie jest jeden do jednego prawdą. Jedynie zapisem naszej zniekształconej świadomości, który tę prawdę zakrzywia, dlatego każdy ma swoją. Dlatego to nie tylko zabieg formalny, a staje się też tematem.
I to wszystko można wywrócić do góry nogami, gdy film zaczniemy czytać metaforycznie, a jest tutaj do tego pole. Samo tempo filmu, które jest powolne, acz bez większych przestojów daje pole do kontemplacji i rozmyśleń, choć na nie oczywiście będzie czas po seansie. I pod tym względem film też dostarcza, bo jest o czym myśleć i co kolokwialnie mówiąc trawić.
Temu wszystkiemu sprzyjają wizualia tego filmu i w rodzinnym niemieckim mieście, jak i na wakacjach w Teneryfie. Wszystko skąpane jest tutaj w charakterystycznych promieniach słońca, które tworzą aurę wspomnieć i swoistej senności. Czasem mamy wrażenie, jakby czas zatrzymał się w miejscu, no i w sumie też tak trochę się dzieje, a w to wszystko wrzucony jest Minecraft. I wiecie co? To działa i wygląda świetnie.
„Everytime” to bez wątpienia film unikatowy, a po jego ciepłym przyjęciu wróżę Sandrze Wollner wzrost rozpoznawalności. To film, który jest uroczy i brutalny jednocześnie, mimo że nie odpowiada na żadne pytania, to daje ukojenie. To zetknięcie różnych perspektyw na żałobę w formie snu, gdzie już nie wiadomo co jest wspomnieniem, a co teraźniejszością.
7+/10

