Wes Anderson wraca – i to w towarzystwie scenarzysty, z którym nie współpracował od przeszło dziesięciu lat, Romanem Coppolą.
Autor scenariuszy do takich filmów jak Kochankowie z Księżyca, Moonrise Kingdom czy Pociąg do Darjeeling, znany jednak bardziej z bycia synem tego Coppoli, ostatnie lata miał spokojne. Żeby nie powiedzieć, że nie robił nic – a na pewno nie w temacie filmów. W przeciwieństwie do niego, Wes ostatnio miał bardzo płodny okres, jednak nie najlepiej było, jeżeli chodzi o jakość jego dzieł, które ustępowały tym sprzed dziesięciu czy więcej lat. Jednak powrót do scenarzysty z tamtych czasów miał być paradoksalnym powiewem świeżości.
Film opowiada o ekscentryku, Zs-Zsa Kordzie, który na początku filmu przeżywa śmiertelny wypadek lotniczy. Jednak w międzyczasie widzimy sąd nad nim w niebie – choć to akurat powtarzający się motyw w tym filmie. Szybko dowiadujemy się, że na głównego bohatera czekają dziesiątki niebezpieczeństw, a on przeżył tysiące prób zabicia go. W fikcyjnym świecie tego filmu przedstawiciele skłóconych mocarstw mają za jedyny wspólny cel unicestwienie go, gdyż zagraża ich interesom. Ten natomiast przywołuje do siebie swoją jedyną córkę, która ma wstąpić do zakonu, i chce, żeby to ona – a nie jeden z jego wielu synów – przejęła jego majątek i firmę. Jako okres próbny na tym stanowisku prosi ją o pomoc w realizacji dzieła swojego życia: kompleksu inwestycji w regionie, który ma sprawić, że okolica stanie się ciekawsza dla inwestorów, a on – a w zasadzie jego firma – będzie miała z tego 5% prowizji, które jest jego znakiem rozpoznawczym. Napięcia zaostrza sytuacja rynkowa, gdzie mocarstwa zmanipulowały ceną nitów, i Korda musi jechać w podróż po regionie, przekonywać ludzi do załatania dziury budżetowej.
Więc można powiedzieć, że to takie andersonowskie kino drogi: ekscentryk-biznesmen, na którego cały czas są wystawiane wyroki śmierci, jego córka, która chce złożyć śluby zakonne, i nauczyciel-guwernant, który udaje partnera biznesowego. I tu trzeba przyznać, że chemia między postaciami tak różnymi jest na poziomie – oraz między nimi a bohaterami, których odwiedzają. Jest tu dużo abstrakcji, a bohaterowie z drugiego planu to już niemal chodzące karykatury. Przy tym – w tym przerysowaniu jest metoda i film potrafi być zabawny, a w swoim absurdzie ciekawy. Jednak trochę gorzej jest z tym, jak historia jest prowadzona. Oczywiście to wydaje się być w filmach Wesa element nie tak istotny jak w innych filmach. Jednak tutaj jej pretekstowość wydaje się przesadzona – ale do przeżycia. Tak z czasem wydaje się przeciągnięta i z brakiem pomysłów na siebie, szczególnie w trzecim akcie. Szczególnie to boli, gdyż zawiązanie akcji wydaje się bardzo ciekawe – tylko potem wydaje się, że film zaczyna się rymować sam ze sobą.
Co jest chyba sednem problemu tego filmu – jest to kolejny podobny film Wesa Andersona. Co oczywiście widzimy szczególnie w warstwie wizualnej. I tu film jest podobny do pozostałych jego ostatnich dzieł – jest symetrycznie, czasem kadry są idealne, a czasem specjalnie zepsute, jednak wszystko jest przemyślane, tak jak każdy ruch kamery. I z jednej strony dalej to wygląda świetnie, z drugiej – jako widz, który zachwycał się Grand Budapestem i wieloma jego innymi filmami – czuję zmęczenie materiału w tej materii.
Natomiast największym odświeżeniem wydaje się Benicio del Toro – wcielający się tutaj w główną rolę. Aktor grał już u Wesa drugoplanowe role, jednak tutaj jako Korda jest świetny. Tak jak u Wesa, dużo jest też mikro-występów – bohaterów, którzy pojawiają się na kilka minut, jak Bryan Cranston, Benedict Cumberbatch, Mathieu Amalric, Riz Ahmed – i na czele tego Bill Murray jako Bóg. W kontrze do tego Mia Threapleton i Michael Cera jako córka głównego bohatera i guwernant wypadają jak najbardziej pozytywnie, ale wydają się dość nijacy i niezapadający w pamięć.
Nowy film Amerykanina kontynuuje jego trend filmów ciekawych w założeniu, stylowych wizualnie, ze świetną obsadą… jednak tu przychodzi to „ale”. Filmów, które są jakby reinterpretacjami samych siebie, w których Wes nie mówi nic nowego. Zakończę słowami mojej partnerki: „Gdybym nie widziała Grand Budapest Hotelu, to byłabym pod wrażeniem.”
6/10

