Jim Jarmusch sensacyjnie wygrał w zeszłym roku Złotego Lwa na festiwalu w Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Wenecji.

Co chyba pokazuje nam jakiś pattern, bo rok wcześniej Pedro Almodóvar wygrał tę nagrodę za równie słabo przyjęty film. Obu reżyserów łączy nie tylko bogaty dorobek, ale też to, że są raczej na końcowym etapie kariery. Dużo łączy też oba zwycięskie ich dzieła – są to filmy kameralne, przegadane, z bardzo dobrą obsadą, co mocno je promuje. Jednak skupmy się na filmie Amerykanina, który podzielił go na trzy części. Tytułowe, o ojcu, matce i rodzeństwie.

W pierwszej dostajemy historię rodzeństwa, które odwiedza samotnie żyjącego ojca, nie są przekonani co do tej wizyty, a od poprzedniej minęło wiele lat. Od początku jest niesamowicie sztywno, a postacie przez większość czasu milczą lub padają głębokie konwersacje w stylu „– co u ciebie – dobrze”. Film bardzo operuje tym, tworząc między bohaterami grę pozorów. Ojca udającego bardziej biednego niż jest, żeby dostać pomoc od dzieci, czy usilne utrzymywanie relacji rodzinnych, które wyglądają, jakby miały dawno się rozpaść.

W drugiej dwie siostry odwiedzają matkę na iście brytyjskie, tradycyjne spotkanie z herbatką. Siostry są swoim kontrastem, Vicky Krieps gra homoseksualną „buntowniczkę”, natomiast Cate Blanchett wzorową brytyjską starą pannę. I schemat jest podobny – rozmowa to połączenie niezręczności, milczenia i banalnych pytań, tylko rozegrane na jeszcze większej kontrze między córkami. I tak jak przy pierwszej części miałem mieszane odczucia, kupowałem ten koncept, mimo że wydawał się zbyt dosłowny i przedstawiony wprost, tak tutaj film mnie stracił. To, jak bardzo właśnie wprost eksponował rzeczy, jak wszystko rozegrane było na banalnych kontrach, było straszne. Jarmusch wpadł tutaj w pułapkę post-punkowca, który jako siedemdziesięciolatek obrazuje bunt nowych czasów i wypada komicznie, płynąc tylko po największych banałach. Zarówno Blanchett, jak i Krieps uważam za bardzo dobre aktorki, tak tutaj ich role, będące karykaturami, wypadają aż śmiesznie.

Chyba że to miało być celem filmu – spowodowanie tego uczucia niezręczności, aczkolwiek sam tego nie kupuję. Powiedziałbym nawet, że w tych dwóch pierwszych nowelkach film mnie męczył. I nawet Tom Waits, który chyba najlepiej odnalazł się w tej formie, tego nie ratował, a Adam Driver w pierwszej nowelce z nim grający wypada zaskakująco słabo. Tak jak kilka żartów, które powtarzają się przez każdą część filmu, jak ten o fałszywym Rolexie. Co ma budować jakąś metanarrację czy chociaż być łącznikiem, a wychodzi z tego po prostu powtarzający się, nieśmieszny motyw.

I przechodzimy do części „Sister Brother”, ta opowiada o rodzeństwie, które spotyka się po śmierci ich rodziców w wypadku lotniczym. Głównym celem jest odwiedzenie ich mieszkania po raz ostatni oraz zdecydowanie, co zrobią z rzeczami, które po nich zostały. Jest to rodzaj sentymentalnej podróży w przeszłość i odbycia żałoby po stracie. I ta nowelka w porównaniu do geriatrii, którą dostaliśmy w dwóch poprzednich, wydaje się najbardziej żywa, prawdziwa i naturalna. Niestety przy tym też nijaka i mało wyrazista, nie wiem czy to nie była już kwestia znużenia po dwóch poprzednich, ale przeszła koło mnie obojętnie. Nie pomogła też obsada, Luka Sabbat i Indya Moore byli wybitnie nijacy i tak też zostali napisani, jako rodzeństwo, które się lubi.

Tak jak rok temu byłem w stanie choć trochę zrozumieć decyzję weneckiego jury, tak tutaj nie wiem, co oni widzieli w najnowszym filmie Jarmuscha. To geriatryka połączona z festiwalem niezręczności, to zlepek scen, w których nie chcemy być, a tym bardziej ich oglądać.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *