Znana z “Córek dancingu” czy „Fugi” Agnieszka Smoczyńska po spokojniejszym filmie, jakim był „Silent Twins”, wraca z gatunkowym szaleństwem.


Na start dodam, że to te właśnie bardziej konwencjonalne „Silent Twins” jest w mojej opinii najlepszym filmem reżyserki z tych, które widziałem. Tutaj z konwencjonalnością nie mamy do czynienia, jak już konwencją kina Sci-Fi, może trochę post-apo. Film zabiera nas do przyszłości, gdzie na ziemi niemal nie ma wody, a światem rządzi „Głowa”. Sztuczna inteligencja zarządzająca resztkami surowców oraz odpowiedzialna za losy pozostałych ludzi. Głównym bohaterem jest Dżony, detektyw, mąż, ojciec, oportunista, który próbuje odnaleźć się w świecie rządzonym przez Głowę.


Mężczyzna przed wyjściem zjada obowiązkowego żelka, ichniejszy rodzaj pigułki i jedzie na misję. Po drodze jest światkiem sytuacji, jak człowiekowi wybucha głowa w metrze, bo takiego żelka nie zjadł, dzień jak co dzień. W drodze rozmawia z żoną i synem, a gdy dociera na miejsce misji, okazuje się, że chodzi o zbrodnie. Co chyba ważniejsze z dialogu dowiadujemy się, ze Dżony ostatnim czasem coraz bardziej jest poważany w strukturach nadzorowanych przez Głowę. Napędza go to działania zgodnie z jej wytycznymi, nawet jeżeli nie do końca zgadza się to z jego moralnością. Największy zgrzyt zaczyna się, gdy po powrocie do domu zaczyna konfrontować z partnerką różne wizje na temat posłuszeństwa wobec panującej sztucznej inteligencji.


Wiem, że jest to dość chaotyczny opis, jednak taki jest sam film. Historia często zmienia tempo i priorytety, raz bardziej skupiając się na śledztwie Dżonego, żeby po tym zapomnieć o fakcie i skupić się na życiu rodzinnym. Mam co do tego mieszane odczucia, bo tak jak mogło to działać i działa na starcie, tak mniej więcej od połowy sprawia, że żaden z wątków nie jest dostatecznie rozwinięty. Oczywiście wszystko splata się w jedno zakończenie, ale to też sprawia, że niektóre rzeczy trzeba uprościć kosztem innych.


W odbiorze tego filmu wiele zależy od tego, czy trafi do nas konwencja, w jakiej utrzymany jest film. Świat przyszłości ze sztuczną inteligencją przejmującą kontrolę nad ludźmi, którzy rozmawiają ze sobą bez rozmawiania w różnych językach, ale za to muszą jeść żelki i nie odpływać myślami. Brzmi mocno? A to tylko wierzchołek góry lodowej, bo są jeszcze hologramy, dziwny los zwierząt i wiele więcej. I tu mam ten sam problem, co z historią, na starcie wizja świata bardzo mnie zainteresowała, do pewnego momentu, gdzie czułem trochę przesyt dziwności i zaczynałem się od nich odbijać. I to bardzo ważna kwestia dla odbioru tego filmu. Sam nie mówię, że ta wizja jest zła, ba zaciekawiła mnie, tylko z czasem zmęczyła. Za to daje plus za zdjęcia, szczególnie te podkreślające „wysuszenie” planety, robiące świetne i przerażające wrażenie zarazem.


Najjaśniejszym punktem dzieła dla mnie jest wcielający się w Dżonego Andrzej Konopka, od genialnej charakteryzacji po ogromny luz, jaki wpuszcza w tą postać. Świadomie łamany angielski, mimika cwaniaczka z lat ’90 i wiele drobnych szczegółów tworzących tym najciekawszą postać. Przy której powiedziałbym, reszta blednie i to jako samej postaci, ale i w kwestii obsadowej.


„Hot Spot” jest dla mnie filmem problematyczny, ma wiele elementów, które mnie intrygują, świetnego Konokę i ciekawą wizję świata. Jednak im dłużej przebywałem w świecie filmu, tym bardziej moje zainteresowanie się ulatniało, żeby niemal zaniknąć na zakończeniu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *