Czy James Gunn został ostatnim człowiekiem, który potrafi robić dobre filmy superbohaterskie? Możliwe, że nie i gatunek nie ma się aż tak źle, ale to na jego najnowsze dzieło fani czekali najbardziej.
Człowiek stojący za sukcesem serii Strażnicy Galaktyki podjął się stosunkowo ciężkiego tematu, najbardziej ikonicznego superbohatera Ameryki. Jak zrobić film o bohaterze, który jest… super. Tytułowy bohater to ciekawy przypadek – bardzo znany, a jednocześnie bardzo niezidentyfikowany. W tym filmie zostajemy wrzuceni w akcję po krótkiej sekwencji napisów, wiemy tyle, że bohater trzy minuty temu przegrał walkę. Film zaczyna się od komediowej sceny, w której pies, którym opiekuje się Superman, Krypto, zaciąga go do jego lodowego pałacu, gdzie jego rozległe obrażenia zostają zaleczone przez promienie słońca, po czym wraca do walki.
Tę znowu przegrywa, a my dowiadujemy się, że jego rywalem sterował Lex Luthor, szef wielkiej korporacji, który nienawidzi bohatera. Ma kontakty z rządem i chce sprzedawać swoje usługi, a dokładniej system uzbrojenia, i wycelować go między innymi w Supermana, który zaczyna tracić swój status bohatera. Popycha to wszystko dalej sam Lex, który wypuszcza materiał, w którym biologiczni rodzice Supermana mówią, że ma on przejąć władzę nad ludźmi, których uważają za mniej inteligentnych. Gdy opinia publiczna całkowicie odwraca się od bohatera, ten zaczyna mieć także problemy w związku.
To moment zawiązania się akcji między Lexem a Supermanem, który po porwaniu psa przez tego pierwszego postanawia oddać się w ręce służb. W tle mamy kilka historii, a bardzo istotna jest tu sytuacja polityczna świata przedstawionego. Firma Lexa sprzedaje broń państwu X, które okupuje państwo Y, któremu kiedyś pomagał Superman. Brzmi znajomo? Film zdecydowanie można odczytywać jako nawiązanie do obecnej sytuacji politycznej. Z mojej perspektywy dość uproszczone, ale z krytyką wymierzoną w dobrą stronę. W filmie dostaje się i korporacjom, i ich liderom, Izraelowi i nie tylko. I tak, bywa to powierzchowne, ale w takim filmie, przy obecnych nastrojach politycznych, budzi to we mnie szacunek.
Kontynuując temat rzeczy prostych, które działają, fabuła nie jest przesadnie skomplikowana. Wręcz przeciwnie, to po części klasyka filmów superbohaterskich. Dawna legenda traci reputację i próbując ją odzyskać, coraz bardziej naraża się opinii publicznej. Banał? Może, ale dobrze poprowadzony, a wspomniane wątki poboczne ciekawie to rozbudowują. Na przykład wątek romantyczny Supermana, a w zasadzie Clarka Kenta, z Lois. Zderzenie różnych osobowości – łatwowiernego Supermana, który jest przekonany o słuszności swoich działań, i Lois, która wątpi we wszystko i podaje w wątpliwość nawet to, do czego sama jest przekonana. Widać to świetnie w bardzo dobrze napisanej scenie wywiadu, zmieniającej się w ciekawą dyskusję moralno-polityczną, a finalnie kłótnię.
Oczywiście i on potem potrafi pójść w kliszę, ale dużo tu prawdziwych emocji. Choć też nie będę tym recenzentem, który chwali film za to, że pokazuje Supermana jako złożonego człowieka z emocjami. Nie, to dalej facet w pelerynie, który chce być dobry dla każdego, tylko z odrobinę większą samoświadomością.
Co też można powiedzieć o samym filmie – potrafi zachować powagę i autentyzm, a przy tym jest świadomy gatunku i tego, kto tu jest głównym bohaterem. W wielu momentach gra tym oraz komedią. Dla przykładu kontrą dla wspomnianego wątku romantycznego jest bardziej komediowy wątek ich kolegi z pracy i jego byłej, obecnej partnerki Lexa, w której cały czas jest zakochany. Wspominam o pracy, bo cały wątek Clarka Kenta jako osobnej postaci jest tu rodzajem żartu. Każdy wie, że to Superman i kupujemy tę konwencję, mimo że film nie stara się nawet stworzyć iluzji dwóch osobnych postaci.
Mamy też przybywającą trójkę bohaterów, którzy są czystym comic reliefem i dużo więcej, jednak nie czuć w tym przesady.
Nie wspomniałem jeszcze o samej akcji i szczerze mówiąc, tutaj akurat nie ma nic odkrywczego. Samych sekwencji walki nie ma dużo, ale są dobrze przemyślane. Przyznam, że najciekawsze są, gdy pojawia się wspomniana trójka bohaterów, wnoszących tu więcej zabawy konwencją. Natomiast wizualnie – klasyka. Choć momentami film bił po oczach scenami ewidentnie zaprojektowanymi pod seanse 3D. Trzeba jednak zauważyć, że potrafi wyglądać po prostu bardzo, bardzo dobrze.
Warto wspomnieć o obsadzie, choć ogólnie jest po prostu poprawna. David Corenswet jest skutecznym Supermanem. Przyznałbym, że świadomie drewnianym, choć oczywiście w przypadku tego bohatera głównie zwraca się uwagę na wygląd – i on to ma. Nicholas Hoult jako Lex Luthor bawi się tą rolą i wychodzi mu to dobrze, choć to Zlatko Burić kradnie show w dość epizodycznej, ale świetnie przegiętej roli.
Nowy Superman to film superbohaterski na nasze czasy. Zabawny, ale nie prześmieszniony. Samoświadomy, ale nie usilnie woke. Niebojący się poruszać obecnych tematów politycznych, nawet jeśli mocno je upraszcza. To odświeżenie, które działa, choć raczej nie zwiastuje odwrócenia trendu spadkowego tego gatunku.
6/10

