Nowy Steven Spielberg to święto kina.


I, mimo że nie jestem fanem ostatnich filmów reżysera, to nie można mu odmówić statusu legendy kina. Nawet dobrze przyjęci „Fabelmanowie” nie trafili do mnie, film, który dla wielu był zwieńczeniem jego kariery, a Amerykanin dalej kreci filmy. Na start dostajemy naprzemienne historie dwójki bohaterów. Daniel podczas gali wrestlingowej przekazuje niewiadomy przedmiot grupce ludzi, który przetrzymują jego partnerkę. W zamieszaniu okazuje się, że przedmiot ma wielką moc i dzięki niemu Danielowi i jego dziewczynie udaje się uciec. Zaczyna ich gonić Noah, szef korporacji, dla której Daniel kiedyś pracował. Gdy udaje im się znaleźć chwilę spokoju wyjawia, że ma informacje ważne dla świata, które chce ujawnić, a wspomniany Noah chce mu przeszkodzić.


Drugi wątek to losy prezenterki lokalnej telewizji Margaret, ta w rozmowie z partnerem przed wyjściem do pracy stwierdza, że potrzebuje zmiany i chciałaby się przeprowadzić. Podczas tej rozmowy do domu nagle wlatuje ptak, po tym Margaret nagle zaczyna mówić po rosyjsku i spóźniona wybiega do pracy. Po drodze w dziwny sposób przekonuje policjanta, żeby ją puścił, a w siedzibie telewizji rozmawia z gościem po Koreańsku. Gdy wchodzi na antenę, zaczyna wydawać dziwne dźwięki, po czym mdleje. W szpitalu wszystko wskazuje, że czuje się dobrze, ale odwiedza ją ludzie z FBI, przed którymi ucieka. Opowiada podczas ucieczki partnerowi, że od ich porannej rozmowy ma dziwne przeczucia i teraz każe jej znaleźć Daniela.


Można więc powiedzieć, że mamy dwie rozmowy, gdy jednostka ucieka przed dużą organizacją. Jest to klasyka kina i to dobrze poprowadzona, film od początku potrafi dobrze zbudować napięcie, w tym na niewiedzy. Przez tak naprawdę większość filmu widz nie wie co za tym wszystkim stoi, tutaj tajemniczy przedmiot, tutaj dźwięki, które wydaje Margaret i wiele wiece. Film bardzo powoli odsłania karty, no może poza końcówką, gdzie kładzie wszystko wprost. To do pewnego momentu sama aura niewiadomej bardzo dobrze buduje owe napięcie. Też samo tempo prowadzenia opowieści jest wysokie, co warto zaznaczyć przy prawie dwuipółgodzinny seansie.


Problem się robi, gdy zaczniemy wchodzić głębiej i tutaj będę posługiwał się ogólnikami, bo łatwo za dużo zdradzić. W filmie na początku jesteśmy w przeddzień konfliktu, tutaj dowiadujemy się o sytuacji Korei, rosja oczywiście się szykuje do wojny. Po czym wybucha panika wśród ludzi. Na co Spielberg wychodzi cały na biało, odciągając uwagę czymś innym. Jest to dość nawiewne, tak jak cała tajemnica, która przypomina marzenia dzieciaków na temat świata. Co też jest konsekwencją w twórczości reżysera, acz myślę, że tutaj wybrzmiewa dość banalnie i płasko. Tak jakby lekiem na całe zło świata miałoby być złapanie się za ręce i bycie miłym dla bliźniego.


Nie ratują tego sami bohaterowie, którzy są aż nadto prostolinijnie zbudowania. Dwójka Margaret i Daniel to dwójka geniuszy z niewiadomej przyczyny, która zostanie potem wyjawiona wprost, a reszta społeczeństwa to idioci. No poza Noahem, który jest geniuszem, ale zła i oczywiście jest to także przesadzone. Sama obsada się niestety w to wpasowuje Emily Blunt i Josh O’Comnor są do bólu nijacy, a Colin Firth jako Noah to niemal kreskówkowe ukazanie złej postaci.


Mam bardzo mieszane uczucia po seansie „Dzień objawienia” to przyjemny seans, który wciąga i dobrze się go śledzi. Jednak gdy zajrzymy pod spód to naiwne kino, które ma banalne recepty na zło tego świata.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *