Joseph Kosinski, po sukcesie Top Guna: Maverick, wziął się za produkcję filmu o F1, który w świecie motorsportu był dużą rzeczą przez dwa ostatnie sezony. Jako fan F1 już od dawna słyszałem o obecności ekipy filmowej podczas weekendów Grand Prix, kiedy to kręcono sceny do filmu. Co sugerowałoby jego duży realizm – o czym później.

Film jednak nie zaczyna się od F1, a od wyścigu 24-godzinnego w Daytonie. Cenionego klasyka w USA, ale – nie oszukujmy się – w porównaniu do F1 dużo mniej prestiżowego i gorzej płatnego. Sonny Hayes, z którego perspektywy oglądamy wyścig, wychodzi na zmianę i dzięki swoim umiejętnościom oraz doświadczeniu wyprowadza drużynę na prowadzenie. Po wyścigu odmawia przyjęcia pucharu i jedzie na kolejny, po drodze jednak spotyka przyjaciela z młodości, który składa mu propozycję nie do odrzucenia.

Tak, jest to propozycja dołączenia do drużyny, którą tamten prowadzi. Obaj w latach dziewięćdziesiątych ścigali się w jednej ekipie, aż do feralnego wypadku, w którym Hayes niemal nie zginął. Wtedy na dziesięć lat odszedł z motorsportu, a po powrocie próbował niemal wszystkich wyścigów – od Le Mans po Dakar – ale nigdy F1. W jego powrocie są jednak pewne „ale”: po pierwsze, jak łatwo policzyć, najmłodszy to on już nie jest – ba, jeżdżący obecnie w F1 Fernando Alonso, uznawany za weterana, byłby jakieś dziesięć lat młodszy. Po drugie – dołącza do najgorszego zespołu w stawce, który przez dwa i pół roku nie zdobył punktu. Jeśli nic się nie zmieni (nie mówiąc już o wygranej), przyjaciel Hayesa zostanie zmuszony do sprzedaży zespołu z olbrzymią stratą.

I tu zaczyna się klasyka kina sportowego: rywalizacja młody – ambitny z doświadczonym weteranem. Jest sinusoida wzlotów i upadków – klasyka – ale trzeba przyznać, że dobrze poprowadzona. I stojąca na bardzo mocnym filarze: Sonny Hayes grany przez Brada Pitta. To w teorii klasyczna postać na drodze do odkupienia, jednak niezwykle ciekawa – pełna dobrze zarysowanych momentów wzlotów i załamań. Zagubiony człowiek kryjący się za maską dobrych wyników sportowych, który bardzo dobrze „sprzedaje” dramat bohatera, ale i potrafi świetnie komediowo rozładować sytuację. Można powiedzieć – bohater z krwi i kości, bardzo dobrze zagrany. Choć w temacie obsady to najbardziej błyszczy, moim zdaniem, Javier Bardem jako szef zespołu.

Jednak nie tylko to stanowi o sile filmu. Moment, w którym kierowca zasiada do bolidu, to czysta poezja – z czysto wizualno-emocjonalnego punktu widzenia ogląda się to świetnie. Jest to jednocześnie czytelne, pełne detalu, a jednak świetnie oddające prędkość i emocje walki na milimetry między najlepszymi kierowcami świata. Z punktu widzenia fana F1 – jest dużo smaczków, które wyłapiemy, i trzeba oddać filmowi, że stara się o realizm. I oczywiście – wiele razy go nagina, ale po pierwsze: robi to na potrzeby fabularne, a po drugie – nie jest to jakoś bardzo przegięte. Dla przykładu: taktyczne zagrywki, które stosuje drużyna Hayesa, są raczej mało prawdopodobne w obecnej formule ze względu na ryzyko i bezpieczeństwo – ale z drugiej strony podkreślają, jak ważna w F1 jest strategia. Dzięki takim zabiegom momenty kulminacyjne naprawdę dobrze wybrzmiewają.

Jak już skoro fani F1 przymknęli oko na nagięcia realizmu, to niech szeroko je otworzą na różnego rodzaju smaczki – od tych najbardziej oczywistych, jak występy zawodników i osób związanych z F1 w filmie (którzy, jak widać, mieli z tego frajdę i naturalnie wypadali „będąc sobą”), po drobne dialogi – jak ten inwestora drużyny, który mówi, że całą wiedzę o F1 czerpał z Drive to Survive. Wydaje mi się, że to coś więcej niż fan service – to wplecenie fabuły w prawdziwy świat wyścigów (a dokładniej: drugą połowę sezonu 2023), tworząc świetną hybrydę świata fikcyjnego i realnego.

Film ten jest przykładem bardzo staroszkolnego dramatu sportowego w nowym wydaniu. Jak wspomniałem, wizualnie robi ogromne wrażenie i widać jego „nowoczesność” w sposobie kręcenia. Także warstwa dźwiękowa potrafi robić wrażenie – osobiście byłem na seansie w 4DX i efekt był jeszcze mocniejszy. Polecam ten sposób obejrzenia filmu. Fabuła natomiast odhacza niemal wszystkie elementy, które taki film miałby w latach osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych. Relacja młodego sportowca i tego z trudną przeszłością? Jest – i choć przewidywalna, to dobrze zarysowana i potrafi zaskoczyć. Wątek romantyczny, który nie powinien mieć miejsca? Oczywiście – i mimo że był uroczy, to z całej układanki wydaje się najbardziej nijaki. Można jeszcze długo, bo i film jest długi – trwa ponad dwie i pół godziny. Ale wszystkie te elementy tworzą większą całość, która działa. 

I działa bardzo dobrze. „F1: Film” to dzieło, które po prostu bardzo dobrze się ogląda – od pierwszej do ostatniej minuty, które mijają bardzo szybko. Jako fan F1 trochę musiałem zawiesić niewiarę, jednak film z nawiązką to rekompensował – i o to chyba chodzi. Żeby dać rozrywkę dobrej jakości, która może nie będzie w stu procentach realistyczna, ale nagina realia w granicach rozsądku, by jak najlepiej przedstawić sport, który kochamy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *