Emilie Blichfeldt musiała wielokrotnie czytać powieść „Kopciuszek”, żeby zdecydować się na swój debiut, jednak udało się – i od tego weekendu na ekranach polskich kin możemy zobaczyć jej pierwszy film.

Tak, film opowiada historię „Kopciuszka”, jednak z perspektywy jednej z jej przyrodnich sióstr. Elvira to tytułowa brzydka siostra, choć to trochę taki przykład rodem z seriali dla nastolatek, gdzie „brzydka nastolatka” = aparat na zęby i okulary. Jednak do tego wrócimy później, bo tutaj fabularnie dużo lepiej to gra. Dziewczyna z matką i siostrą jadą na ślub tej pierwszej – jak wtedy myślą – z bogatym właścicielem posiadłości. Ten podczas kolacji umiera, a jego jedyna córka popada w żałobę. W czasie sprzeczki z Elvirą mówi jej, że jej ojciec wziął ślub z matką głównej bohaterki tylko ze względu na pieniądze.

Wtedy kobiety orientują się, w jakim są położeniu – bez grosza, z wielką posiadłością do utrzymania, zastanawiają się, co zrobić. Z uwagi na starszy wiek matki i zbyt młody wiek siostry, Elvira jest zmuszona wyjść bogato za mąż. Jednak tutaj wchodzimy w tytułową „brzydotę”. Matka dosłownie znęca się nad swoją córką, budząc w niej kolejne kompleksy, na które dziewczyna zaczyna szukać rozwiązań, aż sięga po coraz bardziej drastyczne metody. Zaczyna się od zdjęcia aparatu, a kończy… no, może nie będę zdradzał, ale jest grubo. Wszystko to w ramach przygotowań do balu, na który ona oraz Kopciuszek są zaproszone. W tak zwanym międzyczasie Kopciuszek zostaje zepchnięta do roli służącej i po cichu kombinuje, jak przechytrzyć kobiety.

W pokrętny sposób można to nazwać kinem drogi – a dokładniej: przygotowaniami do balu. Film jest przedstawiony jako body horror i jest tu sporo cielesnych elementów, które mogą odrzucać. Przypomina to naturalistyczną substancję XVIII wieku, a przynajmniej gra na podobnych motywach. Przy tym świetnie wykorzystuje kontekst historyczny. Był to czas rozwoju medycyny – nawet tej estetycznej – ale metody były niezwykle toporne, przez co w dużej mierze także bolesne. Przyznam, że zdarzyło mi się odwracać wzrok – i to nie raz.

Jednak dużo ważniejszy jest aspekt psychologiczny. Bo czy tytułowa brzydka siostra jest naprawdę brzydka? Czy zabiegi, którym się poddaje, poprawiają jej wygląd? Film nie dość, że nie odpowiada na te pytania, to jeszcze poddaje je w wątpliwość. Widzimy, jak pokazuje proces rodzenia się kompleksów – jak wpływ społeczny sprawia, że Elvira zaczyna postrzegać się jako „tę brzydką”. To, jak w niej coś się zmienia – i początkowo niechętna wobec zabiegów, sama potem zaczyna eksperymentować z niebezpiecznymi sposobami na „poprawę” wyglądu, finalnie balansując na granicy samookaleczania. Wszystko oczywiście po to, by wpasować się w normy społeczne, spełnić oczekiwania matki i wizję potencjalnego partnera, który już raz ją odrzucił.

Finałem tego wszystkiego jest bal, który przypomina jakąś XVIII-wieczną interpretację aplikacji randkowej – z wybiegiem dla panien, które są przedstawiane męskiej elicie społeczeństwa niczym w talent show. Jest to oczywiście pewien rodzaj groteski, ale i szpila wymierzona w osoby powtarzające „kiedyś to było” – tak, aranżowane małżeństwo ze spadkobiercą bogatego rodu, byle tylko przetrwać. Co swoją drogą film ciekawie wyśmiewa, pokazując wprost, jak małżeństwo z początku filmu było tylko aktem notarialnym – zawartym w celach majątkowych.

„Brzydka Siostra” to ciekawe dzieło, które odwraca role z dobrze znanej nam baśni, przez co patrzymy też inaczej na postacie. Oczywiście to nie jest dosłowna adaptacja, a body horrorowa interpretacja, która bada tematy – od spełniania norm społecznych, przez wpływ innych na postrzeganie siebie, aż po bardzo brutalne, czasem wręcz odrzucające klimaty.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *