Niemal trzydzieści lat temu powstał istny klasyk komedii, który wywindował pewnego aktora na piedestał światowej kinematografii.
Tak powstała pierwsza część omawianej komedii o Farciarzu Gilmorze, w którego wcielił się Adam Sandler. Bez ironii była to dla niego przełomowa rola w filmie, który w pewnym sensie stał się kultowy. Natomiast Adam zaczął grać w podobnych filmach, dzięki czemu zyskał sławę i pieniądze, i dopiero w ostatnich latach zaczął robić odwrót do kina autorskiego. Tutaj wraca do korzeni, a akcja bezpośrednio nawiązuje do wydarzeń z pierwszej części. Jednak minęło wiele lat, Gilmorowi urodziła się córka, czworo synów dorosło, jednak w wyniku wypadku zmarła jego żona. Dokładniej mówiąc – zabija ją piłeczka uderzona przez jej męża, po czym on przestaje grać i uzależnia się od alkoholu.
Czyli dostaniemy historię o odkupieniu? Oczywiście. Gilmore pracuje w markecie, gdzie jednym z klientów jest młody bogacz, który założył swoją ligę golfa. On odmawia w niej gry z powodu wspomnianego wypadku, jednak gdy potrzebuje dużych środków dla córki na szkołę baletu… W międzyczasie poszedł na terapię, jednak gdy przełamał się i pierwszy raz poszedł grać w golfa, minęły demony alkoholu. Finalnie powoduje wypadek meleksem i zostaje wyrzucony z pracy. Gdy znajduje się w życiowym dołku, zgłasza się do swojej starej ligi, która też jest w dołku, gdy rośnie konkurencja w wydaniu wspomnianej nowo założonej ligi.
Nie oszukujmy się, nie oglądamy tego filmu dla złożonej fabuły. Ta jest sinusoidą dołków i upadków, wychodząc od tematów uzależnienia od alkoholu i godzenia się ze stratą. Potem bardziej skupia się na kontrze tradycji z nowoczesnością – wspomniana nowa liga ma być szybsza, bardziej intensywna i różnorodna, żeby przyciągnąć widza do przestarzałego sportu. Wszystko to jest tak naprawdę delikatnie zarysowane na poziomie filmu familijnego, bez większego dramatyzmu – choć nie dziwi, skoro to komedia.
To trzeba przyznać – film stoi komedią i tu trzeba oddać, jest bardzo różnorodnie. Od głupiego humoru opierającego się na wpadkach po alkoholu czy różnych dziwnych gestach, po bardziej kreatywną komedię sytuacyjną, przez szeroki wachlarz humoru słownego. Nie wszystko oczywiście trafia, ale dużo tutaj jest oparte na komizmie postaci. Sam Sandler w późnym kryzysie wieku średniego daje tu radę, jednak najciekawsze są te bardziej drugoplanowe postacie i dużo nieoczywistych epizodycznych ról. Czwórka chłopaków wcielających się w synów Gilmore’a to komediowe złoto na granicy cringu. Benny Safdie w przegiętej roli założyciela nowej ligi to podobny przypadek – bawi się rolą, czy gwiazdy jak Post Malone i Eminem.
Co warte zaznaczenia, film bardzo dobrze rozumie nowoczesność i obecne trendy. Dużo tutaj trafnych nawiązań do social mediów, transmisji internetowych. Nawet przy doborze gwiazd w rolach epizodycznych widać to zrozumienie. Co często jest dobrym wyjściem do komedii, a często może być też dobrym marketingiem, bo film wygląda czasem jakby mógł być skrojony pod to, żeby wycinać z niego krótkie fragmenty na TikToka itp. Czego normalnie bym nie szanował, jednak działa to też jako całość – przynajmniej pod kątem komedii. Mamy wyśmiane też wielu bieżących tematów, patrz postać grana przez Bennego Safdiego jako parodia odklejonych od rzeczywistości bohaterów.
„Farciarz Gilmore 2” to przykład filmu, który działa w swojej kategorii, która niemal już obecnie nie istnieje – głupkowaty komediowy film familijny, który ma nieść pozytywny przekaz. To ostatnie wychodzi mu najbardziej topornie i ogólnie toporności tu sporo, jednak potrafi rozbawić, czasem też zażenować, ale częściej to pierwsze.
5/10

