Matt Shakman, który ostatnio reżyserował wiele odcinków bardzo zróżnicowanych seriali – od „Sukcesji” po „WandaVision” – dostał arcytrudne zadanie: zrobienie ciekawej Fantastycznej Czwórki.

Jednak ostatnie wcielenia tej franczyzy nie należały do najbardziej udanych. Lecz wróćmy do „WandaVision”, które było bardzo ciepło przyjęte, a stylistyka bardzo przypomina to, co widzimy w tym filmie. Swoista stylizacja na lata ’50 ubiegłego wieku, charakterystyczny styl wizualny i tematyka pierwszych lotów w kosmos. To też historia powstania bohaterów, którzy po locie w kosmos dostają mutacji, dzięki czemu zostają superbohaterami. Wśród nich jest para Reed i Sue, jej brat i Ben. Pierwsza dwójka na początku dowiaduje się, że Sue jest w ciąży – po dwóch latach starań, gdzie stracili już na to wiarę.

Mówią, że to nic nie zmieni, jednak oczywiście to się nie sprawdza. Pierwsza część filmu to przygotowania do urodzin dziecka, czyli familijne kino o przewrażliwionym ojcu, który zabezpiecza dom, żeby dziecko nie zrobiło sobie krzywdy. Przerywa to niespodziewana wizyta z kosmosu – Srebrnej Surferki, która zapowiada zniszczenie Ziemi przez Galactusa. Fantastyczna Czwórka z dodatkowym pasażerem w drodze wyrusza w kosmos, żeby negocjować uratowanie Ziemi, ale okazuje się, że oferta Galactusa jest niemożliwa dla nich do sprostania.

Nie chcę tu zdradzać za dużo, jednak film to taka zbieranina przewidywalności i oklepanych motywów, że to aż boli. Motyw, w którym społeczeństwo odwraca się od do tej pory kochanych superbohaterów, to najbardziej nadużywany motyw w tym gatunku, a tutaj nawet nie jest to dobrze poprowadzone. Więcej oczywistości? Jeden z czwórki superbohaterów zostaje lekko zepchnięty na boczny tor i próbuje się poświęcić na siłę.

Film ewidentnie był promowany obsadą, która – jak na filmy Marvela – wydaje się mocna. Pedro Pascal, Vanessa Kirby czy Joseph Quinn to duże gwiazdy obecnego kina, które miewały większe i mniejsze romanse z kinem artystycznym i każde z nich ma niewątpliwy talent. Tutaj jednak możemy mówić o definicyjnym zmarnowanym potencjale – tak, cała trójka się stara, ale dosłownie nie ma czego grać. Pascal to nadopiekuńczy ojciec, który wszystko zbytnio analizuje, Kirby to matka ze skrajnymi emocjami i tak dalej – postacie to dwie cechy pociągnięte najbardziej oczywistą drogą bohaterów.

Może film ratują sceny akcji? No też nie do końca, choć przyznam, że nie mam tu za bardzo zastrzeżeń – ba, sceny w kosmosie potrafią być ciekawe i dobrze zrealizowane. Tak, sceny na Ziemi są niezwykle nijakie, co szkoda w przypadku czwórki superbohaterów z ciekawymi cechami. Większość scen akcji jest dość powtarzalna, a przy tym nie ma ich jakoś bardzo dużo. Natomiast sam finał próbuje robić spektakularność skalą i zagrożeniem, ale nie za bardzo potrafi zaangażować emocjonalnie.

Najciekawsze wydaje się być sama stylistyka filmu, wygląd i ogólny duch lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, połączony z tematyką lotów w kosmos. Jest to spójne, przy tym wygląda bardzo dobrze – szczególnie w kontekście kina superbohaterskiego, które jednak kojarzy się bardziej z nowoczesnością. Tutaj kontrast szybko rozwijającej się technologii z retro stylistyką budzi też pozytywne skojarzenia z innymi dziełami kultury rozrywkowej jak serią gier „Fallout”.

Czy film superbohaterski może bronić się tylko ciekawą stylistyką i lubianą obsadą? Ja bym powiedział, że średnio – szczególnie jak obsada nie ma co grać, a film wypełniony jest oklepanymi motywami tego gatunku i co najwyżej przyzwoitymi scenami akcji.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *