Francis Lawrence, znany z serii „Igrzyska Śmierci”, wraca z podobnym założeniem – filmem na podstawie książki Stephena Kinga.

Film opowiada o… wielkim marszu, czyli nietypowej konkurencji, która polega na… marszowaniu. Ale zacznijmy od początku – jesteśmy w USA, kilkanaście lat po wojnie domowej. Kraj jest cieniem samego siebie sprzed lat, a wygląda na to, że obecnie przewodzi mu wojsko. Organizuje ono wydarzenie, które skupia 50 młodych chłopaków z całych Stanów, walczących o jedną nagrodę, którą jest duża ilość gotówki i spełnienie jednego życzenia.

Głównym bohaterem jest Raymond – zostaje on przywieziony na linię startu przez matkę, która chce, żeby ten zrezygnował, czego jednak nie robi.

Przed startem Major – czyli ważna postać w tym świecie, powiązana z władzą – wygłasza przemówienie o tym, jak to marsz będzie transmitowany na cały kraj i ma zainspirować ludzi do pracy, co zwiększy PKB kraju.

Sam Wielki Marsz polega na tym, że wspomniana pięćdziesiątka idzie równym tempem, aż zostanie ostatni z nich. Nie ma mety. Zwolnisz – dostajesz ostrzeżenie. Trzy ostrzeżenia i koniec.

Więc chłopaki ruszają, zawierają się pierwsze przyjaźnie. Raymond wraz z trzema chłopakami tworzy swoistą grupę wsparcia i to rozmowy między nimi będą nam wypełniały głównie czas marszu. W kontrze mamy też mniej przyjazne postacie. Jednak wszystkich bez wyjątku szokuje pierwsza eliminacja chłopaka, który dostał skurczu. Po trzecim ostrzeżeniu został zastrzelony.

Więc idzie ich 49, a bohaterowie jakby wiedzieli, że odpadnięcie z marszu powoduje śmierć. Co trochę stoi w kontrze do ich rozmów o tym, co po marszu – bo jak można się domyśleć, tylko jeden przeżyje.

I tak sobie idą i idą – i podzieliłbym film na dwa aspekty. Jeden to rozmowy bohaterów, dzięki którym ich poznajemy, jak i świat. I tu mam dysonans, bo tak jak bohaterów można polubić – są różnorodni i po prostu ciekawi – tak świat można podsumować słowami: „była wojna, teraz jest bida i źle”.

Oczywiście wiele kwestii jest odniesieniem do obecnej sytuacji w USA, jednak jest to dość proste, jeśli nie zbyt uproszczające ukazanie politycznych rozłamów i ich wpływu na społeczeństwo. Przyznałbym, że to w momentach, gdy bohaterowie opowiadają o swoich historiach, celach, marzeniach, robi się najciekawiej – a gdy film stara się opowiedzieć o kwestiach społecznych, robi się płytko.

Jednak przede wszystkim marsz to wydarzenie – akcja – która przy takich „Igrzyskach Śmierci” wypada dość nijako. No idą i tyle.

Jednak sprowadzenie tego do prostych zasad ma swój potencjał. Wiele gier, które wywołują największe emocje, jest banalnie prostych – i te emocje tutaj udaje się uzyskać. Niestety – nie zawsze.

Są sceny i momenty, które robią to dobrze: pierwsza egzekucja, pierwsza noc i kilka innych. Ale są też takie, gdzie nie czujemy bagażu emocjonalnego. Co szczególnie doskwiera w drugiej połowie filmu, gdzie miałem wrażenie, że emocje nie wzrastają, a spadają.

Przyznam, że Cooper Hoffman, wcielający się w Raymonda, był jednym z najbardziej przekonujących aspektów, żeby obejrzeć ten film. I w tym aspekcie się nie zawiodłem – jego rola jest bardzo dobra, a postać, którą tworzy, jest ciekawa.

Tak samo jak w przypadku innych członków jego przyjaciół poznanych po drodze, jak i tych mniej przychylnych postaci – szczególnie dobrze wypadają mniej znani Ben Wang i Charlie Plummer.

Zawód mogli mieć fani Marka Hamilla – legendarny aktor wcielił się w Majora i to był niewykorzystany potencjał, zarówno postaci, jak i udziału aktora w tym filmie.

Niestety cały film „Wielki marsz” można nazwać niewykorzystanym potencjałem. To proste, acz ciekawe założenie, które emocjonalnie rozjeżdża się gdzieś w trakcie. Natomiast gdy uderza w tematy społeczne, robi to strasznie upraszczająco.

Szkoda kilku dobrych występów młodych aktorów i pojedynczych dobrych scen.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *