Paul Thomas Anderson wraca po dłuższej przerwie, żeby zaprezentować nie tylko najdroższy film w swojej filmografii, ale możliwe, że także największy.


Amerykanin w niemal trzygodzinnym metrażu opowiada historię rewolucjonistów. Film zaczyna się od dość szybkiego montażu kilku akcji grupy French75. Napadają oni na banki, niszczą infrastrukturę, żeby przekazać swoje przesłanie. W centrum znajduje się para rewolucjonistów, którym rodzi się dziecko — to zapoczątkowuje ich konflikt, po którym kobieta ucieka z domu. Co gorsza, podczas pierwszej akcji po tym wydarzeniu zostaje złapana, a później wyciąga ją z więzienia pułkownik, który kiedyś przyłapał ją na gorącym uczynku, a ona spłaciła to, oddając mu siebie. Teraz obiecała, że zwiąże się z nim w zamian za wolność, ale musi wydać swoich ludzi, w tym męża. Ten, wraz z córką, ucieka i musi zacząć życie na nowo — z nowym imieniem.

Przenosimy się szesnaście lat do przodu. Główny bohater nazywa się Bob Ferguson. Jako były rewolucjonista mieszka z córką na uboczu, nadużywa alkoholu i narkotyków. Jego córka, w jednej z pierwszych rozmów, wypomina mu, że dzień wcześniej prowadził pijany i to ona musi się nim opiekować. Tego samego dnia udaje się do szkoły na imprezę, która niespodziewanie zostaje przerwana przez służby. Wspomniany wcześniej pułkownik chce dołączyć do elitarnej grupy dla białych elit, jednak na jego drodze staje dawna sytuacja z ciemnoskórą rewolucjonistką. Planuje złapać jej dziecko, żeby ustalić, czy nie jest jego ojcem. W tym samym momencie dziewczyna zostaje uratowana przez siatkę, która kiedyś pomogła zmienić tożsamość jej ojcu — ten jednak nie może jej teraz pomóc, bo kilkanaście lat picia i brania narkotyków sprawiło, że nie pamięta tajnego hasła.

Brzmi to skomplikowanie, jednak historia ukazana jest bardzo czytelnie — zarazem trzyma napięcie od samego początku do końca, a przy tym po drodze potrafi nie raz zaskoczyć widza. To jeden z tych przykładów, gdzie sama opowieść jest na tyle ciekawa, że przykuwa uwagę. Porusza przy tym mnogość tematów, głównie skupiając się na obrazie dzisiejszej Ameryki. Dużo tu polityki, co może przywołać niedawną premierę filmu „Eddington” Ariego Astera — z tą różnicą, że tutaj nie jest ona na pierwszym planie, a przy tym film nie boi się wprost krytykować różnych stron. Oberwało się białym „elitom”, oberwało się idealistom rewolucji i tak dalej można by wymieniać.

Natomiast na pierwszym planie jest intryga. Pojmanie, przechwycenie, próba uwolnienia — pomiędzy tym protesty i zamieszki, a wszystko zrealizowane w iście thrillerowej formie. Film świetnie buduje napięcie, a potem potrafi je utrzymać przez długie minuty. Sama akcja w filmie jest niezwykle ciekawa i bardzo realistyczna — dla przykładu: ucieczka z banku niemal kończy się utkwieniem w korku. Sceny akcji są niezwykle spójne z historią, a muzyka w nich robi piorunujące wrażenie. Często to powtarzane w kółko motywy dźwiękowe, które dosłownie wkręcają się w głowę.

To, że wszystko w filmie działa tak dobrze, jest też zasługą bardzo ciekawych postaci, z którymi łatwo zbudować więź emocjonalną. Oczywiście świetna obsada tutaj pomaga. I tak — wcielający się w Boba Leonardo DiCaprio udźwignął naprawdę dużą i obszerną rolę byłego rewolucjonisty po przejściach, a przy tym złamanego, samotnego ojca. Kibicujemy mu, ale mamy też wątpliwości co do jego czynów, a czasem widzimy, jak po prostu jest męczący. Jednoznacznie moralnie złą postacią jest pułkownik, w którego wcielił się Sean Penn — wprost obrzydliwy człowiek i obrzydliwie dobrze zagrany, zostający z widzem po seansie. Na przeciwnym biegunie — Benicio Del Toro jako sensei, postać łącząca w sobie chaos i spokój. Umiejętnie balansuje na granicy komediowości i powagi, co finalnie wypada świetnie.

Poza świetną warstwą dźwiękową, dużo dobrego dzieje się też w warstwie wizualnej. Kamera bardzo często podąża blisko za bohaterami, dając uczucie bliskości, ale też często świadomie nie pokazuje szerokiego kadru, budując atmosferę niepokoju. Jej ruchy, jak i ruchy bohaterów w jej obrębie, świetnie budują napięcie — trochę idąc w styl znany z produkcji braci Safdie, jak „Nieoszlifowane diamenty”. Z drugiej strony jest tu sporo monumentalnych scen: dużych pustkowi czy miast, trochę kojarzących się z „Aż poleje się krew” mistrza. Wiele scen to wizualne perełki — jak zamieszki z ogromną ilością flar czy finałowa akcja inspirowana… tu może nie będę spoilerować, ale finałowa sekwencja — zarówno emocjonalnie, jak i wizualnie — to majstersztyk.

„Jedna bitwa po drugiej” to wielkie Kino. Film świetny pod każdym względem — film, który niesamowicie dobrze obrazuje nasze czasy, a zarazem działa w oderwaniu od nich. To 160 minut, które w kinie mijają w chwilę, a potem zostają z nami na długo. Mocny kandydat do filmu roku.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *