Julia Ducournau po złotej palmie za „Titane” wraca z nowym projektem, który jest najbardziej osobistym do tej pory w karierze reżyserki.


Dokładniej bierze się za temat uzależnienia od heroiny oraz epidemii aids, które są ze sobą bezpośrednio powiązane. Nie mówiąc tego wprost, przenosi nasz do czasu największej epidemii tej choroby, choć samą akcję prowadzi w dwóch liniach czasowych. Zaczynamy od sceny gdzie mała dziewczyna markerem łączy kropki, ale jesteśmy u Ducournau więc kropki to ślady po dawkach heroiny. W drugiej scenie widzimy, bardzo brutalną scenę tatuowania, okazuje się, że to na tytułowej Alphie. Film na dobre zaczyna się, gdy starsza, nastoletnia Alpha wraca do domu, a tam śpi mężczyzna. Nie rozpoznaje go, a to okazuje się jej wujek. Ten zmaga się z nawrotem uzależnienia do wspomnianego narkotyku. Jego siostra, a matka tytułowej bohaterki pozwala mu zostać, jednak wpada w panikę, gdy widzi tatuaż u Alphy.


Akcja w tej późniejszej linii czasowej to skupia się na Alphie, której życie ze swoim wujkiem w pokoju staje się bardzo ciężkie, a on walczy w tym czasie z nałogiem. W szkole nie jest lepiej, wszyscy gdybają, czy podczas tatuowania nie zaraziła się ona wirusem HIV. Jednak na wyniki testów trzeba czekać kilka tygodni. Natomiast jej matka próbuje to wszystko ogarnąć, jednocześnie będąc lekarzem, który zaczyna prywatnie przyjmować pacjentów, oczywiście w swoim domu.


Tymczasem w drugiej linii czasowej, tej wcześniejszej skupiamy się na matce Alphy. Jest ona wtedy pielęgniarką w czasach epidemii, gdzie brakuje miejsc w szpitalach. Gdzie ludzie umierają niemal dosłownie zamienieni w posągi, czyli wraz z rozwojem choroby ludzie stopniowo zamieniają się w kamień. I jak łatwo się domyślić jedną z chorych osób jest brat głównej bohaterki, natomiast Alpha jest zależną od nich, małą dziewczynką.


Brzmi to, jak ciekawe założenie, jednak jest jedna ogromna różnica, która wpłynęła na mój odbiór filmu w porównaniu ze świetnym „Titane”. Tam punkt wyjścia był absurdalny, stosunek, a potem ciąża z autem, jednak od tego momentu cały film był bardzo naturalistycznym, w tym niezwykle brutalny. Tutaj założenia mamy bardzo realne, epidemia aids, heroina, jednak wykonanie jest zdecydowanie inne. Poza sceną z tatuowaniem nie mamy takich naturalistycznych i brutalnych, co było znakiem rozpoznawczym Ducournau. Dużo bardziej idzie tutaj w metafory, dla przykładu scena ucieczki Alphy z domu przez rusztowanie, jest w mojej opinia strasznie słaba. Metafory są napisane strasznie grubą kreską i tak jak jeszcze przekonuje mnie ukazanie aids jako wirusa, który zamienia w marmur, tak dużo z nich jest strasznie na siłę.


Z drugiej strony mamy w filmie sceny świetne, dla przykładu scena w basenie, która idzie w naturalizm. Alpha zaczyna krwawić w wodzie i dzieciaki z jej szkoły uciekają w popłochu z wody, robi to wrażenie realizacyjnie i buduje relacje Alhpa kontra szkoła. Jednak ten wątek, jak i wiele innych został bardzo słabo zakończony. To samo jej relacja miłosna, która wydaje się dopisana trochę na siłę, a trochę po to, żeby zbudować „dorosłość” Alphy mimo młodego wieku, ukazać ją jako tą, która jest dojrzalsza od rówieśników.


Dużo narzekam, ale muszą być jakieś plusy? Są, dużo dobrego dzieje się w obsadzie, tak jak Mellisa Boros jako Alpha jest poprawna, tak reszta kluczowej obsady potrafi wejść na wyżyny. Golshifteh Farahani jako jej matka przechodzi świetnie gra przemianą między dwiema liniami czasowymi, a przy tym tworzy bardzo spójną postać. To dopiero Tahar Rahim jako jej uzależniony od heroiny brat wchodzi na wyżyny aktorskie. Niesamowicie cielesna rola, często odrażająca, z bardzo dużą wizualną przemiana i wieloma ciężkimi scenami. Aż szkoda, że przez ogólną jakość filmu jego rola zostanie raczej zapomniana.


[Fragment zawiera istotne detale końcówki filmu]
Przejdźmy do zakończenia. I tu mój największy problem z filmem, który po pierwsze kończył się kilkukrotnie. Przez co samo zakończenie bardzo się dłużyło, jednak co gorsze reżyserka zaczyna się bawić podminianiem linii czasowych, przez co okazuje się, że postrzeganie widza na daną scenę się zmienia. Tylko to dobrze działa raz, może dwa razy, ale jak wspomniałem, film kończy się kilka razy. Ducournau na koniec chce wrzucić kilka głębi, a tak naprawdę kręci się w kółko, w zakrzywianie tego, co jest prawdą, a co fikcją.
[Fragment zawiera istotne detale końcówki filmu]


Niestety „Alpha” to dużo zjazd jakościowy po „Titane”, film, który miał ciekawe założenie, świetnego Tahara Rahima i bardzo dobre pojedyncze sekwencje jako całość się nie broni. Julia za bardzo Ducournau w metaforyczny i zabawy z widzem i gdzieś po drodze go gubi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *