Harris Dickinson to bez wątpienia jeden z najciekawszych aktorów młodego pokolenia, który wpisał się w trend aktorów, którzy w ostatnim czasie debiutują po drugiej stronie kamery.
W swoim pierwszym filmie skupia się na losie ludzie znajdujących się na skraju społeczeństwa. Skupi się na historii Mike, którego poznajemy jak budzi się na ulicy, będąc ewidentnie po imprezie. Chłopak zaczyna żebrać, co mu średnio wychodzi, korzysta z pomocy społecznej i kończy dzień, próbując odebrać swój portfel od kolegi, którego oskarża o kradzież. Rozdziela ich mężczyzna, który zaczyna się interesować jego losem, kupuje mu wodę, rozmawia z nim i zaprasza go nawet na obiad. Mike chce wyciągnąć od niego pieniądze, jednak mężczyzna wie, jak to by się skończyło i idzie z nim na bajgle. Niestety kończy się to jeszcze gorzej, Mike atakuje pomagającego i kranie mu zegarek i portfel.
Mike chce spieniężyć łup, jednak po chwili zostaje złapany i trafia za kratki. Czas spędzony w więzieniu ma być dla niego resocjalizacją i kolejnym nowym początkiem. Choć zapowiada się on dobrze, Mike chodzi na spotkania terapeutyczne, które mają się zakończyć rozmową z mężczyzną, którego pobił. Dostaje na kilka tygodni pokój w lokalnym motelu oraz prace jako pomocnik kuchenny w hotelu.
Nie będę dalej zdradzał, zostańmy w momencie, gdy życie Mike zaczyna się statkować, znajduje w nowej pracy przyjaciół. Jednak spokojnie nie jest to Hollywodzka, produkcja, gdzie bohater od teraz będzie już tylko stawał się coraz lepszy, z jednym obowiązkowym upadkiem i happy endem. „Łobuz” wpisuje się w stylistykę europejskiego arthouse, który skupia się na życiu nizin społecznych bez upiększania, a ukazując to w naturalnej formie. Choć hasło niziny społeczne jest aż nadto oceniające, Dickinson w swoim filmie eksploruje temat wyrzutków. Ludzi, którzy czasem celowo, czasem przez swoje błędy, a czasem przypadkiem znaleźli się na uboczu społeczeństwa. Niektórym tam dobrze i chcą tam trwać, inny, chcą to zmienić i oglądanie zderzeń tych bohaterów jest niezwykle ciekawe. Początkowo może to przypominać twórczość Seana Bakera, acz potem bardziej przypomina „Bez dachu i praw” Agnes Vardy. I wiem, że są to duże porównania, jednak film ma tę empatię do bohaterów, która sprawia, że nie są to przesadzone porównania.
Jednocześnie film stoi na bardzo solidnych nogach naturalizmu. Żeby czasem zaskoczyć nierealistycznymi metaforami i tu pewnie znowu zaskoczę, ale to działa. Mimo że w pewnym momencie uważam, że za bardzo film ucieka w te nierealistyczne metafory, to przez większość filmu pasują, a też podkreślają humanizm tego filmu. Który wydaje mi się najważniejszym tematem tego film. Odnajdywanie siebie, wiara w drugiego człowieka, to czy człowiek może się zmienić, film daje wiele tematów do rozważań, nie podpowiadając widzowi odpowiedzi.
Frank Dillane wcielający się w Mike’a to bez wątpienia odkrycie tego filmu. Aktor bardzo charakterystyczny fizycznie, momentami przypominający młodego Johnny’ego Deepa. Świetnie tutaj wpisuje się w rolę, która jest bardzo fizyczna i bogata emocjonalnie. Drugi plan jest też ciekawy, mamy tutaj dobre role mało znanych aktorów i aktorek jak Megan Northam czy Amr Waked. Sam Harris Dickinson występuje w dość epizodycznej roli, momentami komediowej, acz spokojnie to nie Taika Waititi, który robi z siebie klauna we własnych filmach. Tutaj pod tym względem jest spójnie, a sama postać dodaje kolorytu.
I ta spójność, to chyba jeden z największych plusów debiutu Harrisa, film jednocześnie metaforyczny i naturalistyczny, który przygląda się sytuacji osób na obrzeżach społeczeństwa, który działa. Bez klasizmu, a z dużą dawką empatii do bohaterów.
7+/10

