Michael Sarnoski po sukcesie „Świni” dostarcza nam kolejny nieoczywisty projekt.


Tym razem przedstawia nam opowieść na temat powszechnie znanego bohatera, tytułowego Robin Hooda. Jednak na start mamy twist, bo sam bohater jest już stary i bliżej mu odejścia, niż dzikich przygód, gdzie okradał bogatych i rozdawał biednym. Jednak te stare czyny zaczynają odzywać się w podświadomości bohatera, który teraz nie może cieszyć się przez to spokojem. W bitwie, która ma być jego ostatnią, zostaje ciężko ranny i cudem zostaje uratowany przez przypadkową kobietę, a przynajmniej tak na początku nam się wydaje. Przypadku tutaj oczywiście nie ma, jednak teraz nasz bohater dochodząc do zdrowia, zaczyna rozmyślać nam odkupieniem.


W drodze do powrotu do sprawności staje się jednocześnie mentorem i chce w młody umysł wpoić filozofię, dzięki której nie będą powtarzane jego błędy. Choć nie zawsze wprost nazywane jest to błędami, a ogólnie przeszłość w drodze do rekonwalescencji jest czymś, w co Robin bardzo się zagłębia. W pewnym momencie rozliczenie się z przeszłością staje się ważniejsze niż sama chęć zemsty czy może nawet powrotu do sprawności. Mimo że to jest głównym motorem napędowym bohatera, który mimo upływu lat chce wciąż pokazać, że może.


Hugh Jackman po sukcesie „Logana” po raz kolejny wciela się w bohatera, który ma szczyt swoich możliwości za sobą. Jest bardziej na rozdrożu, czy zawiesić już definitywnie buty na kołku, czy jeszcze próbować walczyć. Sam film zgłębia temat sensu tej walki, zemsty, czy brutalności, którą za sprawą retrospektyw jest przepełniony. Temat sensu samej brutalności jest dość ciekawy, choć przedstawiony dość odtwórczo. Agresja jako coś nieuniknionego, jednak zostającego w pamięci był już nie raz ograny w kinie. To trzeba oddać, że dobrze buduje bohatera, a przy tym…


…Same sceny batalistyczne są imponujące. Co może to bardziej podkreśla to fakt, że nie ma ich dużo i są dopracowane w niemal każdym detalu. Jednak to, jak eksplorują tą brutalność, jest tu najważniejsze, to trochę paradoks tego filmu, który pokazuje tą brutalność w negatywnym świetle, jednocześnie robi to tak, że ciężko oderwać od niej wzroku.


Wróćmy do Pana Jackman, na którym mocno opiera się ten film. Bez wątpienia jest to rola udana, bardzo wpisująca się w spokojne tempo tego filmu i melancholijny klimat. Jednak brakowało tu tego czegoś, nawet we wspominanym „Loganie” było dużo więcej świeżości i mimo że był to film superbohaterski to była to według mnie rola ciekawsza.


Wyróżnia się natomiast ogólnie rozumiana warstwa wizualna. Od niesamowitych plenerów, pustkowi, lasów, przez świetnie odwzorowane budynki po charakteryzacje. Gra pod tym względem wszystko, a w obiektywie kamery wygląda świetnie. Praca kamery dobrze współgra z tempem i ogólną melancholią filmu. Każdy są długie, spokojne, montaż niemal niezauważalny, tak żeby podkreślić piękno poszczególnych kadrów, a nie odciągać od niego uwagi.


Mimo to dla mnie „Robin Hood: Koniec legendy” to zbyt odtwórcze dzieło. Porusza ciekawe tematy i robi to w bardzo stylowy sposób, jednak myślę, że nic nie dodaje do dyskusji. Jednocześnie sam popadając w paradoks krytyki przesytu brutalizmu i ukazania go w formie przyciągającej oko widza, choć może na koniec dnia to był cel.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *