Pierwszy film z cyklu odświeżania „Dekalogu” Kieślowskiego w wykonaniu cenionego Irańskiego reżysera Asghara Farhadiego.


To na start zaznaczę, że chce oceniać film jako osobne dzieło, bez porównań do „Krótkiego filmu o miłości”, które myślę, tylko mu szkodzą. Film zaczyna się od sceny kradzieży portfela w metrze, czego świadkiem jest młody chłopak, który odzyskuje portfel i oddaje go kobiecie. Szybko okazuje się, że jest w słabej sytuacji, a kobieta oferuje mu pomoc. Jej ciotka-Sylvie, znana pisarka ma w ciągu dwóch tygodni się przeprowadzić i z uwagi na wiek i stan zdrowia potrzebuje pomocy w pakowaniu rzeczy i sprzątaniu. Co ma zrobić wspomniany chłopak – Adam. Sylvie natomiast jest bardziej zajęta pisaniem powieści, gdzie fantazjuje na temat życia sąsiadów, których podgląda z okna przez lornetkę.


Tutaj poznajemy bohaterów jej opowieści, trójkę, która pracuje w mieszkaniu podglądanym przez Sylvie. Pracują oni przy filmach, a dokładniej odtwarzaniu efektów dźwiękowych do filmów. W opowieści Sylvie młodsza dwójka jest ze sobą w związku, który zaczyna się rozpadać, co wykorzystuje ich starszy współpracownik, co finalnie kończy się zdradą. Wróćmy jednak do prawdziwego życia, gdzie Sylvie zaczyna akceptować Adama i daje mu nawet do przeczytania swoje książki łącznie z tą, nad którą teraz pracuje. Ten w odpowiedzi na to zaczyna śledzić dziewczynę będącą bohaterką książki Sylvie, żeby dowiedzieć się prawdy o jej życiu i sytuacji w mieszkaniu, które widzą z okna.


Wiem, brzmi to skomplikowanie, jednak w obrębie filmu jest bardzo czytelne. Nawet zaryzykowałbym stwierdzenie, że zbyt i momentami film aż upewnia się, że wiemy którą wersję obserwujemy, czy wyobrażoną, czy prawdziwą. Choć oczywiście równie ważna jest historia Adama i Sylvie, którzy są więcej niż tylko obserwatorami. W ich opowieści Farhadi zadaje pytania moralne, jak daleko może się posunąć autor, gdzie inspiracja stacje się niebezpieczna. A może jeżeli historia jest fikcją, zainspirowaną prawdziwymi ludźmi to nie ma w tym nic złego? Film zderza w tym różne punkty widzenia, bez jasnej odpowiedzi co osobiście uważam za plus.


Jeżeli chodzi o powieść Sylvie tutaj mamy coś w rodzaju pastiszu melodramatów. Powiedziałbym, że komedii romantycznej, ale cała komedia wynika z ukazania w krzywym zwierciadle typowych motywów dla romansów. Szczególnie w zestawieniu z prawdą, jaką nam potem ukazuje film. Niestety problem w tym, że sama opowieść delikatnie mówiąc, nie jest porywająca, a jeżeli zadziała, dopiero w zestawieniu z jej realną wersją to oglądamy jedną trzecią filmu, która jest przeciętna tylko po to, żeby inna wybrzmiała lepiej. Najgorsze, że najbardziej to czuć w końcówce, gdzie ten niemal dwuipółgodzinny metraż zaczyna się dłużyć, a my dochodzimy do kulminacji. Co nie zmiana faktu, ze sam finał i droga do niego ciekawie miesza wątki i motywy, głównie samospełniającej się przepowiedni.


Film rozegrany jest w kilku lokacjach i na ulicach Paryża, pięknych, klimatycznych, natomiast wielkie mieszkania o wysokich sufitach są koszmarem posiadaczy mikro kawalerek. To przeszkadza mi tutaj montaż, poszarpany, jakby czasem chciał na siłę przyspieszyć akcję filmu, żeby za chwilę delektować się ujęciem Paryskiej ulicy. Brakuje tutaj spójności, która często odciąga uwagę, od naprawdę dobrych zdjęć.
Na koniec chciałem zwrócić uwagę na obsadę, lecz wypada ona dość nijako. Najbardziej wyróżniają się role oparte o starość i problemy fizyczne, czyli Isabelle Huppert jako Sylvie i Vincent Cassel w wersji plecy mnie bolą. Jego młodzi współpracownicy, jak i ekranowy Adam wypadają strasznie blado.


„Historie Równoległe” to zlepek dość nierównych elementów, które nie zawsze grają jako całość, a jednak w finale Irańczyk buduje z tego spójną całość. To film, który polaryzuje i będzie polaryzował i mimo że ma swoje problemy, to uważam go za bardzo ciekawy, a wręcz unikatowy seans.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *