Macie czasem tak, że idziecie do kina na film, wiedząc, że będzie to okropny seans? Tutaj poczyniłem ten masochizm i zdecydowanie go odradzam, choć nie do końca.
Film w reżyserii Davide Midella od pierwszego dnia zbierał okropne recenzje, choć przed premierą nie zapowiadał się tak źle. Sam reżyser, niezbyt znany w Polsce, ma na koncie kilka filmów, które nie są źle oceniane, a w projekt został wmieszany sam Al Pacino, który gra tutaj rolę starego zakonnika przeprowadzającego tytułowy rytuał. I tu jest ważny punkt wyjścia tego filmu. Nie wchodząc w kwestie wiary, religii czy bardziej metafizyczne – film mocno gra prawdziwością przedstawionych wydarzeń i robi to całkowicie na poważnie. Czyli w skrócie: uważa opętania za coś możliwego, a egzorcyzmy za coś, co działa. Nie mi to oceniać, ani przedstawiać swoich poglądów, ale jeżeli macie inne niż film zakłada, to ciężko go brać na poważnie.
Jednak przejdźmy do samej historii – poznajemy młodego proboszcza z małej parafii, o którym wiemy, że niedawno w tragicznych okolicznościach zmarł jego brat. Przyjeżdża do niego biskup z prośbą, a tak naprawdę po to, by poinformować, że na terenie jego parafii zostaną odprawione egzorcyzmy. Proboszcz Joseph próbuje odwieść biskupa od tej decyzji racjonalnymi argumentami i wątpi w opętanie, jednak niemal następnego dnia trafia do niego grany przez Ala Pacino egzorcysta. Chwilę później pojawia się Emma – młoda dziewczyna, o której wiemy, że od lat jest leczona i to nie przynosi skutków. Po opisie procedury, czyli codziennego odprawiania modlitw przez małą grupkę w składzie: egzorcysta, proboszcz i kilka sióstr zakonnych – przechodzimy do pierwszego rytuału.
Tak, pierwszy egzorcyzm zaczyna się jakoś w jednej trzeciej filmu, jak nie wcześniej. Podczas niego nie wydarza się nic spektakularnego, poza tym, że wpadamy w cykl. Dziwne/nadprzyrodzone wydarzenia pomiędzy egzorcyzmami, same egzorcyzmy i zwierzanie się z traum, które siedzą w bohaterach. Oczywiście z każdym cyklem to się nasila – przy drugim rytuale Emma wyrywa jednej z zakonnic kępkę włosów ze skórą z głowy, a także stan Emmy się pogarsza.
Brzmi to jak typowy schemat filmów o egzorcyzmach – czasem to działa, czasem gorzej, tutaj: najgorzej. Same pętle egzorcyzmów są niesamowicie nudne i powtarzalne. Nie dość, że zaczynają się na wczesnym etapie filmu, to powtarzają się w sposób schematyczny. Tak, każdy egzorcyzm coraz bardziej przybliża do finału i jest coraz bardziej widowiskowy, jednak nie na tyle, żeby wzbudzić zainteresowanie. Tak jak historie bohaterów – zarówno proboszcza, jak i egzorcyzmy, i jego połączenie z Emmą – jest to wszystko niezwykle miałkie i nijakie.
Tak jak budowanie postaci – główny bohater, wspomniany proboszcz Joseph, ma postać niedowiarka, tyle. Nic więcej nie można o nim powiedzieć, no i to, że umarł mu brat, ale wykorzystanie tego fabularnie jest po najmniejszej linii oporu. Jest grany przez Ala Pacino egzorcysta, który jest rozwodnioną wersją postaci starszego egzorcysty po przejściach z niewygodną przeszłością, choć ten fakt też jest średnio wykorzystany. Ze względu na historyczne zasługi nie będę wspominał, jak wypada jego rola, choć i tak lepiej niż reszty.
I tutaj pada memiczne: ale to dopiero nic przy… pracy kamery. Szczerze zastanawiałem się, czy operator kamery nie nagrywał paradokumentów, bo film wygląda w ten sposób. Nie odstaje scenografia czy kostiumy, które wyglądają jak z wypożyczalni, a całość daje wrażenie taniości.
I taki to jest „Rytuał” – film, którego nie potrafię brać na poważnie, choć on sam siebie traktuje bardzo na poważnie. Czy polecam go jako film tak zły, że aż ciekawy? Nie do końca – może przewijając, bo całościowo jest niebywale nudny i nijaki.
2/10

