Ferzan Özpetek, mimo tureckiego pochodzenia, jest klasykiem włoskiego kina z kilkoma nagrodami David di Donatello na czele.
Film zaczyna się od sceny, gdzie reżyser siedzi z grupą aktorek i omawia scenariusz filmu, który mają zrobić. Do którego zaraz się przenosimy – mamy lata siedemdziesiąte i ekskluzywną szwalnię, która specjalizuje się w tworzeniu kostiumów teatralnych i filmowych. Są oni na przeddzień bardzo ważnego zlecenia, i to w dodatku w trybie pilnym, dla kostiumografki nagrodzonej już Oscarem. Ta proponuje, że szwalnia przygotuje dla produkcji tylko część kostiumów, jednak jej właścicielka, Alberta, przyjmuje całość zlecenia – mimo kilku innych w trakcie. Nie jest z tego zadowolona jej siostra, czyli jej wspólniczka, która obawia się, czy uda im się zdążyć z projektami.
W tym momencie maszyna rusza, jednak ciężko tu wskazać konkretną fabułę – to raczej zbiór mniejszych historii grupy bohaterek, które łączy miejsce pracy, a ram temu nadaje projekt dla wspomnianej kostiumografki. Jest to bardzo wymagający proces, pełen napięcia wśród krawcowych i na linii one – zleceniodawcy. Ciągłe poprawki, zmiany – i jakkolwiek banalnie to nie zabrzmi – sam proces śledzi się z ogromnym zaciekawieniem. Nowy pomysł na krój i dodatki czasem potrafi być sprzedany jak odkrycie.
Jednak najistotniejszym konfliktem wydaje się ten między siostrami. Oczywiście nie jest on prowadzony wprost, jednak odrębne podejścia do prowadzenia wspólnego biznesu ciekawie ścierają się przez całość trwania filmu – tak jak ich charaktery. I na ich przykładzie też dobrze widać, że postacie mają jakąś przeszłość i dokądś zmierzają, a film nie musi tego wprost wypowiadać. Jednak w kontekstach dialogów czuć to i świetnie buduje to bohaterki. Dużo jest tutaj takich małych historii, jak ta jednej ze szwaczek, którą bije mąż i współpracowniczki starają się jej pomóc. Czy matka, która samotnie wychowuje dziecko i ukrywa je w czasie pracy w zakładzie.
Co wskazuje nam na to, co jest głównym tematem filmu – czyli siła kobiet. Już obsada filmu to niemal same kobiety, a przynajmniej najważniejsze role. Jednak tematów emancypacji jest tutaj dużo więcej. Same konflikty między kobietami tu się zdarzają, jednak film skupia się na ich współpracy ku większemu dobru. Jest to trochę przykład, gdy starszy mężczyzna opowiada o kobietach i ma to swoje naleciałości i archaizmy, ale jest w tym niezwykle szczery. I pasuje to też do historii osadzonej w latach ’70 ubiegłego wieku we Włoszech, co swoją drogą jest świetnie ukazane i czuć ten klimat.
Jest to też wielki ukłon dla kostiumografii jako ważnego elementu sztuki filmowej. Film pochyla się nad jej aspektami i rozwija to na coś więcej niż ładny strój. Kostium jako element budowania postaci, ale też pozwalający się aktorce lub aktorowi wczuć w rolę – czy prozaiczny fakt, że musi być wygodny, żeby aktor czy aktorka mogli komfortowo grać. Sam proces – od pomysłu przez poprawki – jest zaprezentowany bardzo skrupulatnie i oddaje dobrze trud tej pracy i zaangażowanie osób ją wykonujących.
Problem, jaki miałem z najnowszym filmem Ferzana Özpeteka, to jego powaga połączona z jakąś włoską majestatycznością. Niewątpliwie ma to swój urok i klimat, pasuje też do wyrafinowanej szwalni, jednak momentami czuć, jakby film był formalnie przestarzały – niby w formalinie starych czasów, do których reżyser nawiązuje. Sam motyw gry filmu w filmie, w mojej opinii, jest średnio potrzebny i za bardzo nic nie wnosi.
Jednak jest to jakaś konwencja, którą przyjmuje film „Diamenty” – którą można kupić lub nie – natomiast w niej samej jest świetny. To hołd dla kostiumografii jako dziedziny sztuki filmowej, ale i dla silnych kobiet. To ciekawa, wielowątkowa opowieść opowiedziana pięknymi kadrami.
7/10

