Iga Lis, po ciepłym przyjęciu swojego pierwszego krótkiego metrażu dokumentalnego, wypłynęła na szerokie wody ze swoim pierwszym pełnym metrażem.

Film, który na ekrany kin wprowadziło So Films, zebrał ogromne zainteresowanie jak na film dokumentalny, a także debiut. Ta nieco ponad godzinna opowieść skupia się na postaci Mieci, nazywanej królową Łeby. Prowadzi ona wędzarnię ryb, która w czasie sezonu turystycznego jest sporą atrakcją i – jak to niektórzy mówią – przyjeżdżają do Mieci, a nie do Łeby. Samo miasto jest także ciekawym przypadkiem – normalnie zamieszkiwane przez półtora tysiąca mieszkańców, w wakacje staje się niemal metropolią z dziesiątkami tysięcy turystów, którzy się przez nie przewijają.

Jednak nie idźmy w duże słowa, bo „Bałtyk” to bardzo skromna, spokojna opowieść o ludziach, których życie krąży wokół wędzarni. Poznajemy samą bohaterkę oraz jej podwładnych, choć sama Miecia lubi myśleć o swojej wędzarni jako miejscu, gdzie nie ma szefa i wszyscy współpracują w jednym celu. Mamy wśród nich nowych, młodych pracowników, jak i tych związanych z Miecią od dawna. Niektórych nawet bardzo związanych, bo mamy zięcia Mieci jako jej prawą rękę. Każdego z bohaterów zdążymy poznać, i mimo że jest to film dokumentalny, każdy z bohaterów dostaje swoją opowieść – rodzaj narracji, który przypomina drogę bohatera z filmów fabularnych.

Zaczynając od głównej bohaterki, której na początku filmu buduje się obraz jako filaru Łeby – kobiety uwielbianej, ale też zmagającej się z problemami. Między innymi pracoholizmem, który przejawia się tym, że boi się oddać wędzarnię w ręce innej osoby. W drugiej połowie filmu widzimy, jak wyjeżdża do sanatorium i – mimo że codziennie zarządza zdalnie wędzarnią – potrafiła oddać ją w ręce zięcia. Mamy tu dość klasyczną zmianę pokoleniową w biznesie, jednak też ciekawie pokazaną – jak, zachowując duszę miejsca, można nim inaczej zarządzać, a film nie ocenia, czy jest to lepsze, czy gorsze.

I to jest bardzo ważne dla tego dokumentu – sama centralna postać Mieci jest ukazana z wielu stron i można ją interpretować na wiele sposobów. Ale przede wszystkim jest człowiekiem z krwi i kości, ze swoimi problemami – zdrowotnymi i nie tylko – ale i pozycją w Łebie. Widzimy, że ludzie naprawdę przyjeżdżają do niej i darzona jest ogromnym szacunkiem i sympatią. Przez niektórych traktowana jest niczym lokalny mędrzec, a przy tym nie potrafi się odnaleźć w relacjach z własną rodziną. Jest to bardzo słodko-gorzki obraz, który świetnie balansuje jedno z drugim, tak naprawdę tego nie objaśniając, bo właśnie pokazując surowo życie takim, jakim jest.

Choć jest to też bardzo świadomy dokument w tym, jak ukazuje bohaterów na ekranie. Miecia niemal zawsze z papierosem, w kłębach dymu. Łeba jako miejsce przesiąknięte – z tandetnymi atrakcjami, ale i pięknym morzem. Przy tym potrafiąca zrobić wrażenie, czy to neonami po zmroku, czy naturą poza centrum – tak nie zachęcała do ponownego odwiedzenia. I tu muszę przyznać, że ten film wywołał we mnie pewien rodzaj nostalgii za wyjazdami nad tytułowy Bałtyk z dzieciństwa, ale też dobitnie uzmysłowił, że są to czasy, które nie wrócą – a przynajmniej nie w takiej formie. Co łączy się z wędzarnią, która na naszych oczach przeszła zmiany – tak jak jej właścicielka i pracownicy – i pytanie, czy je przetrwa, zostaje z nami po seansie.

„Bałtyk” to piękny przykład polskiej szkoły dokumentu, łączący humor i smutek, tematy głębokie i przyziemne. To prosta, ludzka historia, która dostarcza prawdziwych emocji, jak i zostawia pole na głębsze przemyślenia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *