Guillermo del Toro bardzo mocno rozgościł się na Netfliksie i po ciekawym serialu-antologii „Gabinet Osobliwości” oraz dobrze przyjętej interpretacji „Pinokia” przyszedł czas na jego interpretację kolejnego kultowego dzieła.
Schemat opowieści o Frankensteinie i jego potworze większość raczej kojarzy, więc tylko pokrótce przypomnę i przedstawię, jak to wygląda tutaj. Członkowie załogi statku, który ugrzązł w lodzie, ratują człowieka przed potworem. Widząc, że nie mogą go zabić, oddają ostatni strzał z broni palnej, niszcząc lód pod nim i topiąc go – ale czy na pewno? Mężczyzna, którego ów potwór chciał dorwać, to tytułowy dr Victor Frankenstein. Zaczyna opowiadać kapitanowi statku historię swojego życia – o tym, jak próbując ujarzmić śmierć, stworzył ją. Jak chcąc dać nowe życie, stworzył potwora – zlepionego z części ciał, który potem nie spełnił jego oczekiwań, a jednak okazał się nieśmiertelną istotą.
Ta w końcu po niego przyszła, jednak zanim się z nim rozprawiła, bestia opowiedziała swoją część historii – o porzuceniu, samotności, odrzuceniu, ale też o agresji. To zgoła odmienna wizja istoty, która dopiero co odnajduje się w naszym świecie i wraz z tym zyskuje świadomość. To też dwie niemal skrajne postacie. Victor to wybitny naukowiec, który w swoim dążeniu zagalopował się za daleko i stworzył coś, co go przerosło. Ukazuje pewną ślepotę w działaniach – na zewnątrz wydawało się, że wszystko ma pod kontrolą. Natomiast samo nazwanie jego dzieła potworem już dużo mówi o jego odbiorze. Jednak w całym tym zgniłym świecie to właśnie on jest jedyną czystą postacią, która nie ma niecnych zamiarów.
Ciekawie ukazane są dążenia bohaterów – to niezwykle humanistyczny wyraz, łączący wzniosłe idee z podstawowymi potrzebami człowieka. Victor, chcący być zapamiętany jako wybitny naukowiec, czy to dla sławy i rozpoznawalności, czy dla własnej satysfakcji. Jego dzieło, które poprzez odnajdywanie siebie odkrywa tylko coraz większe pokłady samotności, a poszukiwanie towarzystwa staje się jego motorem napędowym. Do tego stopnia, że sam w przypływie frustracji i nagłych wydarzeń wchodzi na drogę potwora i zaczyna spełniać wyobrażenia ludzi o nim samym.
Film od pierwszych zapowiedzi intrygował obsadą – zarówno Oscar Isaac, jak i Jacob Elordi jako kolejno Victor i jego dzieło są fantastyczni. To bardzo złożone i bardzo cielesne role, od których ciężko oderwać wzrok, nawet jeśli czasem wchodzimy w dość obrzydliwe rejony, a film można zaliczyć do szeroko rozumianej kategorii body horroru. Choć straszenia tu samego w sobie jest niewiele, to nie brakuje mocnych scen cielesnych – nie tylko walk, choć scena ataku wilków jest niesamowicie brutalna, ale też samego procesu tworzenia: gdy Frankenstein kompletuje części swojego dzieła, łączy je, dosłownie składając z fragmentów ciał potwora. Sam przyznam, że przy wielu scenach musiałem lekko odwracać wzrok – co może wydawać się niecodzienne przy produkcji Netfliksa, nawet w reżyserii del Toro.
Wizualnie film również robi świetne wrażenie. Od lokacji, scenografii po kostiumy – wszystko dopięte jest na ostatni guzik. No może poza efektami specjalnymi, które momentami wyglądają bardzo dobrze, a czasem nieco sztucznie – choć to akurat mógł być celowy zabieg, wpisujący się w baśniowość stylu reżysera. Ten efekt baśni jest tutaj bardzo dobrze oddany – sama historia opiera się na prostej moralności, jednak jej ukazanie jest ciekawe, a prostota nie jest wadą, bo potrafi zaangażować emocjonalnie widza.
„Frankenstein” to kolejna udana interpretacja klasyki w wykonaniu meksykańskiego reżysera, któremu – jak widać – współpraca z Netfliksem służy. To bardzo dobrze i brutalnie zrealizowana, głęboko humanistyczna opowieść, która pod płaszczykiem historii o potworze i szalonym naukowcu mówi o moralności.
7/10

