Nowy serial Jana Holubka był promowany jako największe polskie przedsięwzięcie serialowe Netfliksa, przyrównywane nawet do miniserialu „Czarnobyl”. Choć serialowi dużo bliżej jest do „Wielkiej Wody” – poprzedniej współpracy Holubka z Netfliksem. Tutaj też przenosi nas do lat 90. ubiegłego wieku, do tragedii związanej z wodą, a dokładniej do zatonięcia tytułowego promu „Jan Heweliusz”.

Sam serial zaczyna się od ewakuacji członków załogi. Wiemy, że statek przechylił się, że nie dało się go odratować, a warunki były okropne. Obserwujemy losy ludzi w kapsule ratunkowej, z której tylko części udało się uratować – finalnie na niemiecki prom ratunkowy dostaje się dwójka. Akcja rozgrywa się na niemieckich wodach i do tego kraju zostali przetransportowani ranni. Śledzimy wtedy wydarzenia z perspektywy jednego z nich, który szybko orientuje się, że człowiek, z którym został wyciągnięty z promu, nie przeżył, a sala dla rannych z katastrofy jest pusta.

Jednak to szybko przestaje być głównym wątkiem – serial przechodzi bardziej na śledztwo dotyczące przyczyn wypadku. Od tej pory miesza ujęcia właśnie z dochodzenia i sprawy sądowej oraz z feralnego dnia, gdy „Heweliusz” zatonął. Choć wątek ocalałego członka załogi też jest obecny w tle, okazuje się, że nie był on jedynym, który przeżył, i później stanie się kluczowym świadkiem w sprawie. Cała intryga sprowadza się do ustalenia winnego katastrofy – a w zasadzie nie do końca. Mamy tu kilka stron konfliktu: zarząd armatora, właściciela promu, który chce obwinić kapitana za tragedię, co ma sprawić, że armator dostanie odszkodowanie z ubezpieczenia, argumentując to tym, że w przeciwnym razie tysiące osób straci pracę. Z drugiej strony są rodziny członków załogi z żoną kapitana na czele, walczące o ich dobre imię i sprawiedliwość.

Ciężko w tym wszystkim wskazać głównego bohatera – momentami jest to wspomniany członek załogi, który przetrwał, momentami wdowa po kapitanie, a czasem drugi kapitan, który pływał na „Heweliuszu”. To on jest z pozoru najbardziej bezstronną osobą, która jako jedyna stara się dociec prawdy, a nie walczyć o swoją rację. Sama prawda o tragedii okazuje się bardziej złożona, niż każdy chciałby przyznać, i nie wpasowuje się w wygodne hasła, którymi operują bohaterowie. Odkrywanie przyczyn katastrofy trwa cały serial – film ujawnia informacje stopniowo.

Sama struktura jest bardzo ciekawa. Niby na początku wiemy wszystko, jesteśmy po zdarzeniu, które jest tu kluczowe, jednak odkrywanie prawdy dopiero się zaczyna. Narracja składa się z kilku wątków, z którymi można mieć problem – szczególnie w środkowej fazie serialu wydaje się, że jest ich za dużo i niektóre nie dostają wymaganej ekspozycji, przez co całość chwilami wydaje się powolna. Mimo to udaje się zamknąć historię w bardzo spójną klamrę – i tu muszę przyznać, że ostatni odcinek robi to fantastycznie. Najdłuższy w całym sezonie, najlepiej opowiada historię tragedii i potrafi zbudować emocje na sali sądowej. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że lepiej działa jako moralny dramat sądowy niż dzieło katastroficzne.

Choć pod tym względem też jest dobrze. Po pierwsze – czuć budżet i to, że został dobrze wykorzystany. Wszystkie sceny z „Heweliusza” wyglądają świetnie, szczególnie gdy zaczyna się dziać piekło na morzu – oddane to jest w sposób przerażający i czuć tę walkę z żywiołem. Serial pod względem efektów specjalnych i ogólnego wyglądu stoi na bardzo wysokim poziomie. Jak to w produkcjach Jana Holubka bywa, świetnie oddane są realia czasów, w jakich rozgrywa się akcja. Niby to już lata 90., ale czuć jeszcze naleciałości komunizmu – co widać zarówno w scenografii, strojach, jak i w sposobie nagrywania.

Obsada „Heweliusza” to mieszanka stałych bywalców dzieł Holubka i nowych twarzy. Choć trudno tu kogoś jednoznacznie wyróżnić, Michał Żurawski jako ten drugi kapitan – najbardziej bezstronnie prowadzący śledztwo – jest postacią, którą najłatwiej polubić. Konrad Eleryk zrywa ze swoim emploi, by pokazać bardzo zagubioną postać, człowieka, który przeżył katastrofę, ale nie potrafi odnaleźć się w teraźniejszości. Magdalena Różczka jako wdowa po kapitanie ma najlepszą rolę dramatyczną, dobrze na ekranie wypadają też Piotr Rogucki czy Jan Englert w rolach drugoplanowych. Borys Szyc prezentuje tu swoją najlepszą poważną rolę od lat, za to w kontrze Tomasz Schuchardt ma chyba najbardziej nijaką rolę w ostatnim czasie. Niestety, młodsi aktorzy – jak Mia Goti czy Marcin Januszkiewicz – wypadają bardzo słabo.

„Heweliusz” to serial, który zaczyna się bardzo mocno, w środku zdaje się tracić tempo przez natłok wątków, ale finalnie zamyka się w zgrabną klamrę. To połączenie bardzo dobrego dzieła katastroficznego z jeszcze lepszym dramatem sądowym, z ciekawymi wątkami moralnymi i świetnie oddanym klimatem Polski wczesnych lat 90.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *