Yórgos Lánthimos to bez wątpienia jeden z najważniejszych twórców ostatnich lat, który niemal co roku dostarcza nam nowe, ciekawe dzieło.

Osobiście jestem wielkim fanem Greka, mimo że jego poprzedni film „Rodzaje życzliwości” nie okazał się wielkim sukcesem, to na jego najnowsze dzieło czekałem dość mocno. Tym razem reżyser zabiera nas do świata korporacji oraz miłośników teorii spiskowych. Poznajemy na początku Teddy’ego i Dona, dwóch mężczyzn żyjących na uboczu społeczeństwa. Teddy to zagorzały piewca teorii spiskowych i przekonuje o ich słuszności swojego kuzyna Dona, jednak nie poprzestaje na samych słowach. Dwójka przygotowuje się do akcji. Po drugiej stronie jest Michelle, twarz wielkiej korporacji, bogata kobieta mieszkająca w wielkim domu.

Wspomnianą akcją jest porwanie kobiety przez dwójkę kuzynów. Nie idzie to tak gładko, jak by oni tego chcieli, a Michelle niemal udaje się uciec, ale w nieporadny sposób udaje się ją przechwycić. Kobieta budzi się w piwnicy, łysa i nieświadoma tego, co się wydarzyło. Szybko Teddy wyjawia jej, że została porwana, bo uważa ją za kosmitkę, która pod przykrywką ważnej osoby na Ziemi stara się ją zniszczyć, wypuszczając preparat, który zabija pszczoły. Dodaje też, że pozbawienie jej włosów ma na celu zerwanie połączenia między nią a statkiem, z którego przybyła. W kontrze Michelle mówi, że jest bardzo ważną osobą i niedługo cała policja w stanie będzie jej szukać.

Od tej pory zaczynamy grę pozorów między stronami. Szybko okazuje się, że sprawa jest dużo bardziej personalna, a Michelle i Teddy mają wspólną przeszłość. To wydaje się być ten najbardziej przyziemny poziom, gdzie film ciekawie pokazuje „proces radykalizacji”, to jak ludzie zaczynają wierzyć w dziwne teorie i zaczynają odklejać się od świata. Co najważniejsze, pokazuje w tym rolę korporacji, która dla zysków jest gotowa posunąć się bardzo daleko, a potem opakować to tak, żeby to oni wyszli na tych dobrych. Co ciekawe, to ostrze krytyki mocno idzie na korporacje, sama Michelle pokazana jest jako kobieta sukcesu, ale też jako osoba, która niemal przestała być człowiekiem, by go osiągnąć. Z drugiej strony film ma dużo empatii dla tak zwanych szurów, ukazując, czemu są jacy są i oczywiście nieraz wbija szpilkę w nich czy śmieje się z ich dziwności, ale to ich przedstawia jako tych bardziej ludzkich.

Choć o to, kto jest tu człowiekiem, a kto nie, toczy się cała batalia. Ta gra między Michelle a Teddym jest ciekawa w śledzeniu, na początku teoretycznie Teddy ma kontrolę, ale sytuacja potrafi zmieniać się bardzo szybko. I nie zdradzając za dużo, film bardzo ciekawie potrafi bawić się perspektywą, tym, co bohaterowie wiedzą o sobie i ile jest pokazane widzowi, choć tu bym powiedział, że film często ukazuje rzeczy zbyt wprost i upraszcza. Jednak robi to dla dobra tempa i spójności opowiadania historii. Przy tym potrafi bardzo mocno odpłynąć w stylu greckiego reżysera, który nie szczędzi tutaj brutalności, obrzydliwości, jak i trudnych tematów.

Problem jaki mam z „Bugonią” bardzo uwidacznia rola Emmy Stone, dla której jest to kolejna udana rola u reżysera. Jednak mając w pamięci świetne kreacje w „Faworycie” czy chyba jeszcze lepszą w „Biednych istotach”, tutaj jej rola nie zapada aż tak w pamięć. „Rodzaje życzliwości” przez swoją nietypową formę trochę zeszły na boczny tor, a właśnie mając w pamięci wcześniejsze role Emmy, ta nie jest już tak świeża, mimo że pochłonęła włosy aktorki. Zdecydowanie większe wrażenie aktorskie robi rola Jesse Plemonsa jako Teddy’ego, który już dostał canneńską nagrodę aktorską za rolę u Yorgosa w „Rodzajach życzliwości”, ale ta jest o wiele ciekawsza. Potrafiąca budzić litość i współczucie oraz przerażenie idące w odrazę jednocześnie.

Ostatnie filmy reżysera przyzwyczaiły nas do nietypowych, acz przyciągających wzrok zdjęć. I tutaj w porównaniu do wcześniejszych filmów jest też dość grzecznie. Tak, mamy wiele ciekawych estetycznie kadrów, ale nie ma w nich już takiej świeżości, a reżyser z operatorem kamery nie decydują się na tyle anamorficznych ujęć. Z drugiej strony trzeba pochwalić charakteryzację i scenografię, które są świetne, jednak też jest to coś, do czego przywykliśmy.

Tak to oto buduje się obraz „Bugonii” jako filmu, który stoi w cieniu poprzednich filmów reżysera, sam będąc ciekawym dziełem. Tutaj szuka drogi godzącej swoje dziwności z przystępnością dla masowego widza, co momentami wychodzi pokracznie, ale nie da się ukryć, że „Bugonia” to jeden z najciekawszych obrazów w tym roku. Choć Grek mógłby sobie po nim zrobić przerwę i dać wolne Emmie Stone.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *