Paolo Sorrentino wraca z nowym filmem, świetnie przyjętym na zeszłorocznym festiwalu w Wenecji.
Film między innymi zdobył wyróżnienie za najlepszy włoski film, Nagrodę Briana, ale co chyba najważniejsze, odtwórca głównej roli i stały współpracownik Sorrentino, Toni Servillo, dostał nagrodę Volpi dla najlepszego aktora. Włoch gra prezydenta tego kraju, który za pół roku kończy kadencję. Sam jest już w wieku emerytalnym, jednak ma swój ostatni dylemat. Podpisanie ustawy o eutanazji, która była przygotowana przez zespół, w skład którego wchodziła jego córka. Tak jak on ma korzenie prawnicze i pomaga ojcu w wielu kwestiach. Pewnego dnia jego wieloletni przyjaciel zgłasza się do niego z prośbą o ułaskawienie dwójki osób.
Jednak to wydaje się być drugorzędne, gdyż jego przyjaciel wspomina, że też tęskni za jego zmarłą żoną, co przypomina mu, że ta go zdradziła kilkadziesiąt lat temu. Dziś ma on pseudonim Beton i wielu wypomina mu brak decyzyjności, o co właśnie obwinia tamtą sytuację. Zaczyna on poszukiwać człowieka, z którym zdradziła go żona, a jednocześnie z pomocą córki dowiedzieć się więcej na temat dwójki osób, które ma ułaskawić. Szybko okazuje się, że sprawy w moralny sposób łączą się z ustawą o eutanazji, a prezydent odbywa kolejne spotkania w celu poznania opinii ludzi.
Sorrentino po raz kolejny serwuje film, który w dużej mierze pozbawiony jest ciągłości fabularnej. To bardziej seria spotkań, rozmów, ale i wewnętrznych przemyśleń bohaterów, które mają swój początek i koniec, w tym wypadku koniec kadencji prezydenckiej. Daje to pole do snucia rozważań na wiele tematów, bo „La grazia” to wyjątkowo wielotematyczny film. Wychodzimy od starości i przemijania, bohater opowiada, jak to musi stosować dietę, jak to już nie pali, odkąd ma jedno płuco, znaczy pali, ale po kryjomu. Film nie wprost pokazuje proces odchodzenia człowieka na drugi plan życia, nie tylko tutaj w kontekście politycznym, oddawania władzy, ale też życiowym. Choć kontekst polityczny i podejmowanych decyzji jest bardzo ważny. Film nie zadaje pytania o moralność eutanazji, a o moralność podejmowania decyzji w tej sprawie, lub jej braku, a także o prezydenckim prawie do łaski.
Niestety, jak zabierzemy, lub można powiedzieć, że przejdziemy przez te moralne tematy w filmie, pozostaje trochę pustka. Oczywiście mamy wątek zdrady i poszukiwania odpowiedzi, wątek ustawy i tego, czy odchodzący prezydent ją podpisze oraz kogo ułaskawi. Jednak wydają się one bardziej pretekstem do stawiania pytań niż ciekawymi wątkami, które grają samoistnie. A w temacie grania muzyka w tym filmie potrafi być niezwykle ciekawa. Szczególnie w pierwszej połowie filmu motyw muzyki elektronicznej często się powtarza, niemal w symboliczny sposób, co trochę zaniechane jest w drugiej połowie. Jednak widać, że Sorrentino ma wyczucie muzyki i obrazka i takie sceny jak Toni Servillo rapujący w myślach w pustym pokoju są małymi perełkami.
Właśnie, Toni Servillo, czy jego rola jest aż tak dobra? I tak, i nie, wizualnie pasuje do tej roli i nie powiem, jego ciągła powaga połączona z jakąś niechęcią idącą w obojętność wypada tu bardzo dobrze. Jednak brakuje tu luzu, co mogliśmy widzieć na przykład w „Wielkim Pięknie”, co jest moim zarzutem do całego filmu, który wydaje się być aż nadto poważny. W jednej z pierwszych scen dostajemy kolację, gdzie prezydent i jego córka spędzają ją ze swoją wieloletnią przyjaciółką Coco i premierem. Tam widać tę lekkość, której według mnie brakuje dalej, pewną ironię do powagi sytuacji. Swoją drogą genialnie zagrana scena przez wcielającą się w Coco Milvię Marigliano.
„La grazia” to w moim odbiorze jeden z najsłabszych filmów Włocha, oczywiście lepszy niż nieudane „Loro”, ale brakło tutaj świeżości. Mimo to dalej potrafi dać wiele tematów do przemyśleń i zaserwować świetny dialog, a i muzyka w tym filmie jest niezwykle zaskakująca.
6+/10

