Gdy w kinach mamy nadmiar „Wichrowych wzgórz”, czas na naprawdę mocne i jakościowe kino o relacjach.
Głównym bohaterem jest Colin, młody, nieśmiały homoseksualista, który śpiewa w lokalnym barze w kwartecie. Pewnego wieczoru jest na randce, która ewidentnie nie idzie dobrze, a sam spogląda cały czas w stronę narożnika zajętego przez motocyklistów. Wcześniej jeden z nich jako jedyna osoba z baru nie chciał dać mu napiwku, teraz zamawiając przy nim w barze kazał mu policzyć pieniądze i dał mu numer odchodząc. Następnego dnia, czyli w wigilie napisał, że chce się z nim jutro spotkać. Mimo zdziwienia rodziców, kto randkuje w boże narodzenie, Colin udaje się na spotkanie. Bardzo nietypowe spotkanie, On i motocyklista niemal nie zamieniają słowa, idą w boczną uliczkę, gdzie ten drugi wyciąga przyrodzenie i wykorzystuje oralnie chłopaka, na koniec mówiąc, że nazywa się Ray.
Panowie się rozchodzą, mimo chęci na kolejne spotkanie e strony Colina Ray zbywa go i odchodzi. Wiec Colin wraca do swojej rutyny, tylko z większym pesymizmem, aż Ray kontaktuje się z nim, że zabierze go do siebie. Gdy ten przyjeżdża mamy krótką rozmowę między Rayem a rodzicami, jednak po zapewnieniu, że Colin będzie miał kask, dwójka opuszcza dom Colina. Po przyjeździe do mieszkania Raya z niezręczności rozmowy z rodzicami przechodzimy w inny jej rodzaj. Ray każe Colinowi ugotować im jedzenie, nie daje potem mu go zjeść, a na koniec stwierdza, że czas do łóżka… dla niego, bo Colin może co najwyżej na dywanie spać.
Tak prezentuje się ich relacja, gdzieś na granicy ciągłej kontroli, posłuszeństwa, ale i bardziej tradycyjnych dla relacji emocji. Dalsza część filmu to rozwój owej relacji i w sferach seksualnych, ale też wchodzenie Colina w świat homoseksualnych motocyklistów, jak i jego coraz większe wychodzenie ze strefy własnego komfortu. Ta dynamika relacji jest niezwykła i nie bez powodu w pierwszym akapicie napisałem, że Colin został wykorzystany, bo tak to wyglądało, ale też po obejrzeniu całości podaje to w wątpliwość. Cała ta relacja jest bardzo nietypowa i z boku łatwo oceniać i dawać temu przymiotniki. Jednak prawda może być bardziej złożona, a samo ocenianie z boku film świetnie samo komentuje podczas sceny obiadu z rodzicami. Która jest absolutnie świetna, jeżeli chodzi o granie na emocjach i uczucie niezręczności, które aż wchodzi pod skórę.
Sam film nie raz wprowadza widza w niezręczność. I tak krytykowałem to przy najnowszym filmie Jarmusha, ale tutaj to kupuje. Film wykorzystuje to uczucie, żeby zadać nam pytanie, skłonić do refleksji. Czy scena pierwszego spotkania to przegięcie, a może scena stosunku w lesie to za dużo? I tak film pokazuje dużo i obrazowo i to już pytanie do każdego z osobna, czy w tym nie przesadza. Na pewno tym prowokuje i działa w sposób naturalny na emocjach, przy czym skłania do refleksji, co uważam za jego duży atut.
Tak jak obsada, a w zasadzie duet Harry Melling i Alexander Skarsgård. Rozegrany na totalnej kontrze, ale bez cienia banału i udawania. Bardzo mocno opartym też na ich wyglądzie i fizyczności co pokazuje świetnie cytat z filmu „wyglądacie razem świetnie, Ray jest bardzo przystojny, a Ty Colin to uwypuklasz”. Warto też oddać, że wcielająca się w mamę Colina Lesley Sharp wypada bardzo dobrze, w małej, acz niezwykle ważnej roli.
„Pillion” to nietypowe kino, które jest jednocześnie bardzo dosłowne, ale w tym zadaje dużo pytań niewypowiedzianych wprost. To odważny film o homoseksualnej relacji, który nie raz może wprowadzić nas niezręczność, ale bez wątpienia ma to cel, który osiąga.
7/10

