Po tegorocznej odsłonie „Mortal Kombat” czas na jego konkurencję.
Przyznam, że druga część popularnego Mortala niezbyt przypadła mi do gustu, do tego stopnia był to film nijaki, że był jedynym filmem, który miałem zrecenzować, a tego nie zrobiłem. Tutaj mamy część, która ma nas wprowadzić do historii, zaczynamy od animacji przedstawiającej dwójkę bohaterów Kena i Ryu. Dawnej niemal jak bracia, jednak pewne wydarzenie ich rozdzieliło, Ryu zapadł się pod ziemię, natomiast Ken korzysta ze sławy, imprezują i biorąc udział w reklamach. Można powiedzieć, że bliżej mu to showmana niż sportowca, którym kiedyś był, zmienia się to gdy dostaje propozycje wzięcia udziału w turnieju wojowników.
My wiemy wcześniej, to czego bohaterowie dowiedzą się pod koniec, turniej to przykrywka, żeby jego organizator wyssał moc z najlepszego z zawodników. Tymczasem Ken odrzuca propozycje udziału, którą składa mu Chun-Li. Ta działa jako podwójna agentka, chcąc zbliżyć się do organizatora turnieju, który niegdyś zabił jej ojca. Chcąc przekonać Kena, przedstawia mu wizje występu w turnieju, jako wyjście z cienia swojego byłego przyjaciela i ten się zgadza. Potem czas na Ryu, który podczas ukrycia odcina się od przeszłości i sprzedaje Ramen. Gdy dowiaduje się, że Ken występuje w turnieju, sam rzuca wyzwanie jednemu z uczestników, żeby zająć jego miejsce.
Trudniej się zaczyna, jednak same walki turniejowe wydają się tutaj drugorzędne. Choć trzeba przyznać, ze „Street Fighter” to kawał dobrego kina kopanego, walki są ciekawe, efektowne, a przy tym czytelne. Zarówno te turniejowe, które bardziej przypominają, to co znamy z serii gier, jak i te, poza które wychodzą poza tą konwencję. Przy tym nie są przeciągnięte i nie ma ich przesytu, co dobrze wpływa na tempo filmu. Tak jak sam fakt, że film od początku nie bierze siebie na poważnie.
Tak, momentami miałem nawet lekki przesyt żartów i scen komediowych, szczególnie tuż po tych poważniejszy. Jednak wolę coś takiego niż powagę i nadęcie, szczególnie że na papierze to historia o braterstwie, poszukiwaniu siebie i oczywiście walce ze złem i samym sobą w świecie… bicia się po twarzach. Dlatego ten humor tak dobrze tu działa, nawet jak jest często banalny i głupi. Świetnie pod tym względem wypada Cody Rhodes jako Gulie, tak samo dużo dobrej komedii wynika z kontrastu Kena i Ryu. Oczywiście nie wszyscy bohaterowie są tak ciekawi, David Dastmalchian jako M. Bison, czyli organizator turnieju jest tak kreskówkowym przegiętym złym bohaterem, że to aż boli. Czy 50 cent, który ma występ tak sztywny, że chyba tylko można porównać z Ice Cubem w „Wojnie Światów”.
Formalnie zaskakująco sporo się tutaj dzieje, jak pisałem na wstępie mamy początek jako animacje i będzie ten motyw powracał, jeżeli mówimy o retrospektywach. Co uważam za ciekawy zabieg, tak realizacyjnie cześć aktorska jest nierówna. Czuć tu niestety przesyt efekciarstwa, zwolnione tempo, szybkie cięcia montażowe, szczególnie w drugiej połowie te dwa elementy męczą. Z drugiej strony szanuje za ładne oddanie lokacji, niektóre obrazki po zmroku z dużą ilością neonów prezentują się bardzo dobrze.
„Street Fighter” jest dla mnie o poziom wyżej niż tegoroczny „Mortal Kombat”, humor wydaje się tutaj bardziej naturalny, a granie samoświadomością prawdziwe. Do tego sceny akcji potrafią wciągnąć i nawet jeżeli można mu wytknąc inne problemy, to w swojej kategorii wypada zaskakująco dobrze.
5/10

