Nie ma gatunku, który kocham bardziej niż biografię muzyków.
Żartowałem, oczywiście są filmy w tym gatunku, które są dobre, „Rocketman” czy niedawny film o Robinie Wiliamsie, choć były to filmy, które chcą zrobić coś inaczej. Tutaj Netflix rękoma Kristoffera Rusa zrobił coś bardziej klasycznego i nie wspominam o platformie bez powodu, bo jest to ich znak rozpoznawczy, jeżeli chodzi o biografie.
Zaczynając, film opowiada o początkach grupy z perspektywy jej lidera, ale życie Jana Borysewicza oglądamy już wcześniej. Od początku zaznaczana jest jego ciężka sytuacja w domu, ale też jego chęć do buntowania się i co chyba najważniejsze, miłość do muzyki. Chłopak, będąc młody, występował na scenie, jak można domyślić się, zawalając swoje obowiązki. W tym czasie jego matka coraz bardziej podupadała na zdrowiu i potrzebowała pomocy w domu, natomiast ojciec był wiecznie nieobecny.
W filmie obserwujemy proces przemiany Jana z muzyka, który wypełni puste miejsce w różnych zespołach do lidera swojego zespołu. Widzimy kształtowanie się „Lady Pank” oraz wzlot i upadek zespołu, a w zasadzie głównego bohatera, choć mimo że historia jest znana, to może nie będę za dużo zdradzał. Więc jest to klasyczny schemat od formowania się przez sukcesy po upadek na dno i próbę odbicia się od tego dna.
Tutaj klasyczne też napiszę, że szanuje fakt skupienia się na konkretnym okresie, a nie próbę podsumowania całej kariery, choć mimo to film jest przeładowany wątkami. I ten sam okres jest mocno rozciągnięty, bo każdy z wcześniejszych etapów jest podzielony na mniejsze, jest niemal osobnym wątkiem, przez co nie wybrzmiewają one odpowiednio. Mnie na przykład amerykański wydał się ciekawy, ale finalnie kończy się szybko, nie dostając odpowiedniego rozwinięcia, bo jak wspomniałem, samych wątków jest za dużo i nie wybrzmiewają one odpowiednio. Wystarczy dodać, że przed wspomnianym wątkiem jest inny wątek o zagranicznych koncertach, a w zasadzie jak nie wyszły. Który może jest formacyjne ważny, ale czuć jakby skrócono go tak, tylko żeby się zmieścił między innymi rzeczami i nie wybrzmiewa odpowiednio.
To wszystko przekłada się na jeden ogromny problem w moim odbiorze tego filmu, nie wierzę w drogę bohatera. Ani jego wzlot, ani dlaczego jest wyjątkowy, może sam upadek ma większy seans, ale tutaj wchodzi nam kolejny poziom, czyli łopatologiczne ukazywanie problemów. Film pokazuje nam niektóre rzeczy po kilka razy, tylko po to, żebyśmy na pewno zrozumieli, o co mu chodzi, do tego dochodzi oczywiście ekspozycje w dialogach. Szczerze mówiąc, film nie potrafi nam pokazać czemu i że w ogóle Borysewicz i Lady Pank to fenomen, film to wpisuje w dialog.
Samej muzyki jest dużo, czy to nagrania muzyki, czy koncerty. Szczególnie te drugie są zrealizowane dobrze, hitowe piosenki, które dostają jakiś czas na posłuchanie, a nie tylko szybki montaż i kolejna, do tego reakcje publiki. Działa to dobrze i tu miałem aż mały zgrzyt, bo uważam, że pasowałoby to dystrybucji kinowej, acz to już sprawa drugorzędna. Natomiast sam proces twórczy, jeżeli chodzi o muzykę, potraktowany jest po macoszemu i jest to niesamowity zbiór banałów.
Jest oczywiście jeden prosty sposób jak uratować taki film, świetna rola aktorska w centrum, niestety pudło. Nie pisze, że debiutujący na ekranie Mikołaj Bukrewicz jest zły, bardziej nijaki, a może bardziej odzwierciedla nijaki scenariusz, który będzie i nie daje emocjom wybrzmieć. Reszta zespołu raczej też się nie wyróżnia, mamy też kilka bardziej znanych nazwisk. Kinga Preis jako matka też nie ma za wiele do grania poza sprzedawaniem pogarszającego się stanu zdrowia i jedynie Ireneusz Czop jako ojciec Jana ma bardziej złożoną postać i wchodzi w nią bardzo dobrze.
Szczerze mówiąc, jedynie pana Ireneusza zapamiętałem pozytywnie z tego filmu, a kończyłem go wczoraj, co dużo o nim mówi. To nijaka biografia z generatora, która pewnie dla wielu będzie nostalgicznym powrotem do młodości, ale poza tym nie jest niczym więcej.
3/10

