Hong-jin Na po dziesięciu latach od świetnie przyjętego „Lamentu” wraca prosto do głównego konkursu w Cannes.
Ze swoim prawdopodobnie najbardziej rozrywkowym dziełem, ale od początku. Przenosimy się do tytułowego miasteczka Hope, gdzie od początku czujemy, że dzieje się coś nietypowego. Gdy jeden z policjantów przejeżdża przez miasto, widzi ślady zniszczenia i tu sprzedam świetny zabieg tego filmu. Widzimy ogromne zniszczenia, słyszymy o grasującym potworze, ba widzimy nawet zmasakrowane ciała, ale nie samego potwora, przez jakieś pierwsze 40-50 minut. Ten można powiedzieć pierwszy akt, jest cały wypełniony akcją, policjant spotyka wiele osób, od których dowiaduje się coraz więcej o sytuacji, żeby na końcu właśnie stanąć oko w oko z bestią.
Gdy to się stanie, będziemy mieli scenę ucieczki owego policjanta, która odwróci się, gdy dotrze wsparcie. Pojawienie się policjantki sprawi, że ucieczka przemieni się w regularne starcie, które dwójka wygra. Gdy miasteczko zacznie otrząsać się i leczyć rany dwójka niezależnie od siebie zacznie śledztwo, które w obu przypadkach wskaże, że to tylko początek. Równolegle dostajemy historię grupki myśliwych, którzy wyruszyli w las pod Hope, jak można się domyślić to, co tam znajdą jest ściśle powiązane z sytuacją w mieście.
Film można podzielić więc na trzy akty. Początek, do momentu, gdy pierwszy raz widzimy potwora, starcie z nim i późniejsze śledztwa w celu zrozumienia sytuacji i trzeciego może nie będę zdradzał, ale łatwo się już domyśleć. Dużą siłą filmu jest właśnie ich różnorodność i to jak są wymieszane, dzięki czemu 160 minut filmu upływa niezwykle szybko. W każdym z tych trzech aktów mamy akcję, w każdym sporo niewiedzy i proces jej odkrywania i każdy jest sporą mieszanką emocji i tonów. Film miesza tragedię z komedią, śmierć z humorem, odkrywanie prawdy ze stawianiem większej ilości pytań. Jest to bardzo odważne, ale osobiście uważam, że świetnie tutaj gra. Humor jest świetną kontrą do powagi, a przy tym film nie popada w groteskę. Natomiast sam proces odkrywania tajemnicy jest ciekawy dzięki temu, że tak wielotorowo się toczy i gdy myślimy, że znamy całą prawdę, film nas zaskakuje.
Tak jak w momencie pojawienia się pierwszy raz na ekranie potwora i rozbrójmy tego słonia w pokoju.
Tak, potwór wygląda sztucznie.
Tak, przez pierwsze chwile jego wygląd odciągał uwagę od tego, co dzieje się na ekranie.
Tak, po tych kilku chwilach przestałem zwracać na to uwagę.
Rozumiem, że może to przeszkadzać, wyrzucać z imersji i po prostu nie pasować do wizji świata. To jednak u mnie po początkowym zgrzycie szybko przestałem zwracać na ten aspekt uwagę. Szczególnie że poza wygenerowanym potworem film wygląda świetnie, zarówno zniszczone Koreańskie miasteczko, jak i lasy pod nim wyglądają świetnie i klimatycznie. Same sceny walki robią ogromne wrażenie, widowiskowością i kreatywnością. I fakt czułem w pewnym momencie ich przesyt, a kilkukrotnie ludzie wydawali się niezniszczalni to jak wygląd potwora, są to małe minusy, które nikną gdzieś w całości.
I żeby nie było, ja je widzę, tylko nijak one nie sprawiają, że ten film podoba mi się mniej. Można powiedzieć, że pierwszy akt był przeciągnięty tylko z uwagi na wygląd potwora i odkładanie w czasie pokazanie jego. I co z tego, jak sam w sobie był świetny i też świetnie budował resztę filmu. I mogę nawet przyznać, że końcówka była przeciągnięta i przefajniona, ale nie zmienia to faktu, że dostaliśmy tutaj sto sześćdziesiąt minut świetnej rozgrywki, która była niezwykle oryginalna.
8/10

