W 2010 roku powstała świetnie przyjęta animacja, której późniejsze odsłony może nie były już tak dobre, ale sama marka została w pamięci widzów — i w erze remake’ów z aktorami filmów animowanych powstało i to dzieło.
Film opowiada niemal identyczną historię co oryginał animowany, choć trzeba na starcie zaznaczyć, że trwa niemal pół godziny dłużej. Zaczyna się od przedstawienia miasteczka na wyspie, w którym rozgrywa się akcja, które jest ciągle atakowane przez smoki, a mieszkańcy miasteczka szkolą się w walce przeciwko nim. I tu trochę trzeba zawiesić niewiarę, bo widząc pierwszy atak na miasto, miałem wrażenie, że całe zostało zniszczone i trzeba budować od zera — i czemu mieszkańcy nie odpłyną? Co jest potem poruszone fabularnie, jednak trzeba kupować tę wizję mniej dosłownie — tak jak to, że nie wszystko z drewna pali się, gdy smoki zieją ogniem.
W filmie obserwujemy perspektywę Czkawki, syna wodza, który jest „reszta” niż inni mieszkańcy wioski. Chłopak nie jest wojownikiem, a bardziej ekscentrykiem-wynalazcą i chce przetestować swoją kuszę do łapania smoków. Gdy jest przekonany, że trafił nigdy nie złapanego smoka, psuje szyki obronne miasta i jego ojciec musi go ratować — przez co duża część miasta zostaje zniszczona. Wódz po tym ma dość i wyrusza w poszukiwanie gniazda smoków, a w tym czasie jego syn uczestniczy w szkoleniu na wojownika, gdzie jest najgorszy. Do momentu, gdy znajduje smoka zaplątanego w sieć wystrzeloną wcześniej przez siebie z kuszy.
W dużym skrócie — chłopak i smok zaczynają się zaprzyjaźniać, dzięki czemu on uczy się więcej o smokach. Nie będę zdradzał więcej, ale wiadomo, w którą stronę to prowadzi. Jest to dość prosta historia o postaci odrzuconej przez swoich, która zaprzyjaźnia się z przedstawicielem wrogów. Tutaj jest to bardzo dobrze poprowadzone — i pod względem relacji między bohaterami, i emocjonalnym. Poza tym, o czym wcześniej napisałem, film bardzo dobrze prowadzi wątek ojciec–syn, a także Czkawka–rówieśnicy, które nadają głównemu bohaterowi głębi, a widzowi emocjonalnego połączenia z nim.
Bardzo ciekawe jest także ukazanie wątku ludzie kontra smoki. Idzie to mocno w stronę ekologiczną — o ludziach, którzy zajmują tereny naturalne dla zwierząt, a potem grają ofiary, gdy te zwierzęta próbują się bronić. Zamiana zwierząt na smoki tutaj działa jeszcze lepiej, przez to, jak one są odbierane w kulturze masowej. Przy tym nie jest to mocno nachalne i wręcz naturalne zarzewie dla fabuły.
Jak natomiast wypada sama zmiana z animacji na film aktorski? Szczerze mówiąc — zaskakująco dobrze. Nie powiem, obsada nie wchodzi tutaj na wyżyny i w większości są to co najwyżej poprawne role. Jednak samo połączenie aktorów i wygenerowanych smoków działa dobrze, natomiast w scenach akcji potrafi robić ogromne wrażenie. Są one świetnie zrealizowane, a do tego miejsce, gdzie odbywa się akcja — sama wyspa — świetnie wpisuje się w surowe klimaty wikingów, które są obecne w tym filmie.
„Jak wytresować smoka” to przeniesienie bardzo dobrej animacji na bardzo dobry film live action. Brzmi banalnie, a wykładały się na tym już inne filmy — tutaj na szczęście realizacyjnie jest bardzo dobrze, film wygląda świetnie. Natomiast sama historia znowu daje radę i świetnie działa emocjonalnie w swojej pozornej prostocie.
7/10

