Danny Boyle ponad dwadzieścia lat temu zaserwował nam „28 dni później” – jeden z najciekawszych filmów postapokaliptycznych XXI wieku.
Wraca do tego świata wraz ze scenarzystą tego filmu, czyli Alexem Garlandem. Tym razem akcja rozgrywa się na małym cypelku połączonym z Anglią, która cały czas jest terenem zagrożonym. Wioska, z której pochodzą bohaterowie filmu, jest odcięta i względnie bezpieczna. Tam poznajemy rodzinę: Spike, 12-letni chłopiec, jego chora matka, która spędza cały czas w łóżku, i twardy ojciec. Wraz z nim wyrusza na pierwszą wyprawę do skażonej części Wielkiej Brytanii. Podczas tej wyprawy chłopak zabija jednego powolnego zombie, jednak z czasem kilka razy o mały włos unika śmierci i wraca do domu dość podłamany, szczególnie gdy widzi, jak jego ojciec zdradza matkę.
Jednak dowiaduje się też o istnieniu lekarza na terenach, do których od lat nie zapuszczał się nikt z jego osady. Po kłótni z ojcem, podczas której ten twierdzi, że poszukiwany przez chłopaka lekarz jest szalony, Spike postanawia uciec z wioski z chorą matką. Żeby to zrobić, podpala jeden z budynków i ucieka – i wtedy zaczynamy kino drogi w stylu postapokaliptycznego filmu z epidemią zombie.
To, jak prowadzona jest akcja, jest czymś, co bym określił dobrą klasyką – historia z jednej strony jest prosta, ale też ciekawa. Można w niej wyodrębnić wiele wątków, jak dobrze poprowadzoną relację ojca z synem, czy to, jak z czasem odkrywamy chorobę matki głównego bohatera. I mimo że film z czasem bardziej skupia się na akcji niż na budowaniu dramatycznej historii, to nawet w drugiej połowie dostajemy ciekawe wątki poboczne.
Tym, czym film przyciąga uwagę, jest sama akcja – sceny walki, najczęściej ludzi z zombie – i tutaj zaczynają się moje zgrzyty. Tak jak w pierwszej, bardziej stonowanej połowie filmu, scen batalistycznych było mało, ale każda była na bardzo dobrym poziomie, a ich ilość sprawiała, że miały one większą wagę. Tak w drugiej coś zaczęło się psuć – i mimo że dalej mieliśmy wiele ciekawych motywów i film nie raz potrafił zaskoczyć, to zacząłem czuć, że idzie to w efekciarstwo. Usilne próby zaskakiwania widza stają się w pewnym momencie aż męczące. Tak jak brutalność, która znowu – w dziele Garlanda – zdaje się być przesadzona.
Co niestety można powiedzieć też o warstwie wizualnej tego filmu. I tu jest mój największy zgrzyt. Film jest bardzo promowany tym, że nagrano go iPhone’ami, a wygląda obłędnie. I tak – potrafi wyglądać świetnie, wiele kadrów jest absolutnie przepięknych, sekwencje walki są świetnie ukazane, ale zdarzają się – w mojej opinii – elementy totalnie nietrafione. Czasami miałem wrażenie, jakby filmowcy w próbie ukazania czegoś innowacyjnego wizualnie specjalnie robili nieestetyczne kadry i szli w męczące sekwencje montażowe.
Wcielający się w Spike’a Alfie Williams to debiutant i przyznam, że trochę to widać. Nie jest to zła rola, mimo to widać pewien brak obycia i powtarzalność w jego sposobie grania. Aaron Taylor-Johnson w roli ojca – może przez tematykę – aż nazbyt przypomina głównego bohatera „The Walking Dead”. Z tej trójki najlepiej wypada Jodie Comer, szczególnie gdy historia idzie mocno w stronę jej choroby. No i oczywiście Ralph Fiennes – ale nie chcę zdradzać za dużo, choć jak zawsze, Fiennes jest świetny i kradnie show.
„28 lat później” to kolejny film Garlanda, który budzi we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony doceniam wizję świata, historię i częściowo aspekt wizualny – który jednak czasem był męcząco efekciarski – a przy tym ciężko oderwać wzrok od tego dzieła, które mimo swojej brutalności i potworności po prostu dobrze się ogląda.
6/10

