Alex Garland po sukcesie „Civil War” wziął się za temat wojny jeszcze realistyczniej, niż kiedykolwiek to było robione.
W świetle obecnych wydarzeń na świecie film jeszcze bardziej zyskuje na znaczeniu – i tu moje szczere zdziwienie, bo nie miał on w Polsce dystrybucji kinowej. Kilka dni temu znienacka wpadł na Amazona i tam możemy go oglądać. Oczywiście, jest to film specyficzny, ale patrząc na temat i zainteresowanie reżyserem, mógłby mieć duże powodzenie w kinach.
Film opowiada historię jednej „akcji”, konkretnej sytuacji na wojnie w Iraku, która tak naprawdę zajmuje cały film. Ciężko więc tu mówić o fabule – film to w stu procentach akcja, choć budowana bardzo spokojnie i powoli. Zaczynamy od poznania bohaterów – amerykańskich wojskowych na akcji. Jedna z ekip zostaje zaatakowana granatem wrzuconym do ich kryjówki przez dziurę w ścianie. Od tej pory zaczyna się walka o ich ewakuację, w trakcie której dołącza do nich inna ekipa, a także następuje wielka eksplozja, która zabija część i poważnie rani dwóch żołnierzy. To na ich ewakuacji będzie się skupiała reszta filmu.
Dwie rzeczy w tym filmie od razu rzucają się w oczy – jest realistycznie i jest brutalnie. Znaczy: dobrze, film świetnie sprzedaje pozór realizmu, bo jednak ciężko to obiektywnie ocenić. Od tempa, w jakim prowadzona jest akcja, przez dbałość o detale, po wspomnianą brutalność – wszystko tutaj daje wrażenie tej realności, co było najpewniej zamierzone. To potrafi robić wrażenie i dobrze buduje napięcie, które działa w momentach, kiedy akcja nabiera tempa lub dzieją się rzeczy niespodziewane. Których jest trochę – jak wspomniany wybuch, który po części ukazuje, jak śmierć na wojnie bywa przypadkowa i bezsensowna.
Jednak tutaj skontruję ogólne zachwyty nad filmem. Tak jak rozumiem założenie pokazania wojny w stanie surowym, bez koloryzacji, heroizmu – a bardziej ukazując bezsensowność wojny i ofiar na niej poniesionych – i zdecydowanie je popieram. Z tym że surowość i dosłowność jego ukazania zabiera mu głębię. Tak, wojna nie ma sensu – i co dalej? Bo film nie zwalnia i idzie z tym dalej, trochę jakby sam rozpływał się w tym, jak dobrze pokazuje piekło wojny. Może to nadinterpretacja, ale wraz z trwaniem filmu czułem, że nie robi niczego nowego w kwestii przekazu ani opowiedzenia historii – a idzie w efektowność.
I tu odwrócę znowu spojrzenie – ale nie sposób nie docenić warstwy technicznej tego filmu. Film świetnie łączy to ukazanie realizmu z właśnie efektownością. Zarówno sceny spokojne, jak i te akcji czy ich kulminacje wyglądają świetnie. Przy czym są one jednocześnie dosłownie obrzydliwe – ukazujące oderwane nogi i poranione ciała w sposób bardzo dosłowny, który jest ciężki w oglądaniu, a jednak ciężko od tego oderwać wzrok.
Obsada tego filmu jest dobrana w kluczu podobieństwa do prawdziwych uczestników akcji. Co, szczerze mówiąc, nie jest dla mnie wartością dodaną – to sama obsada tutaj daje radę. Szczególnie Joseph Quinn w, wydaje się, wiodącej, bardzo ekspresywnej roli. Choć na dobrą sprawę można uznać całą grupę za bohatera zbiorowego, który wspólnie ohydnie zaczyna i kończy.
Film „Warfare” wzbudził we mnie dużo sprzecznych emocji. Realizm i ukazanie akcji budzi wrażenie, antywojenny przekaz ma jak najbardziej słuszny, ale przy tym nie mówi w nim nic nowego ani odkrywczego. Niezwykle brutalne dzieło, które wizualnie bywa porywające.
7/10

