Pisanie o zespole muzycznym, że ukształtował pokolenie to banał i klisza zarazem, ale w przypadku zespołu U2 może być to niezwykle celne.
Nie da się ukryć, że Bono był zawsze najbardziej rozpoznawalną postacią w grupie. Między innymi ze względu na jego talent i postawę sceniczną, ale także jaki budował wizerunek. Jedni powiedzą, że legenda, drudzy, że odklejeniec, ale na pewno ciekawy człowiek, który razem z Andrew Dominikiem stworzył niezwykłe dzieło. Reżyser z Nowej Zelandii to też niezwykle ciekawa postać, skłonna do eksperymentów, co widać po jego ostatnich dziełach. Także żywo zainteresowana rynkiem muzycznym, co widać po licznych współpracach, chociażby z Nickiem Cavem.
Na start przydałoby się określić, czym jest to dzieło. Powiedziałbym, że jest to mieszanka stand-upu, koncertu i filmu dokumentalnego, choć najbliżej do tego pierwszego. Gdzie wokalista U2 opowiada historię swojego życia. Od urodzenia do… i tu może nie będę zdradzał, ale skupia się na konkretnym okresie w twórczości U2, głównie drugiej połowie lat ’70 i ’80. Można powiedzieć, że dwa najważniejsze wątki, na jakich się skupia, to twórczość zespołu, od powstania i jej historii, przez pierwsze sukcesy do światowej rozpoznawalności. Drugim jest relacja Bono z ojcem.
Bez wątpienia oba wątki łączą się, drugi jest bardziej emocjonalny. Bono rozprawia się ze swoimi problemami, między innymi tym, jak zawsze próbował zaimponować ojcu, do czego służyły mu między innymi sukcesy muzyczne. Ważnym elementem wydaje się relacja z Luciano Pavarottim, którego ojciec Bono uważał za najwybitniejszego muzyka. Z drugiej strony jest historia grupy, która, delikatnie mówiąc, nie była skazana na porażkę. Wokalista odkrywa tu U2 jako coś więcej niż Bono i resztę, jak duży wpływ miała sama Irlandia, z której pochodzą, i sytuacja w niej.
Widać, jak sam Bono otwiera się w tej opowieści. Ważnym tematem jest kontrolowanie ego i tytułowa historia poddania się, swoistej akceptacji siebie samego. Jednak nie brakuje mu jego typowej maniery, to całościowo Bono jeszcze nigdy nie był tak ludzki. Określam ten program jako stand-up, ale taki skupiony na historii. Fakt, raz na jakiś czas się zaśmiejemy, ale to historia wiedzie tu prym, uczucia i emocje są ponad próbą wywołania śmiechu u widzów.
Muzyka, to jest podstawa twórczości Bono, i wplatanie utworów lub ich fragmentów świetnie się tu sprawdziło. Do tego są nowe aranżacje, szczególnie ciekawe są te na harfie. Mamy tutaj zarówno ponadczasowe hity, a także mniej znane utwory, a do tego często konteksty ich tworzenia. Natomiast dobór ich świetnie zgrywa się z opowieścią. I widać, że robią one wrażenie na publice, która ogląda na żywo występ Irlandczyka, co też jest wartością dodaną.
„Bono: Stories of Surrender” to swoiste rozliczenie się Bono z pewnym etapem w życiu, w bardzo lekki i przystępny sposób opowiada o trudnych emocjach. Bardzo dobrze łączy w tym ciekawą historię, występy muzyczne i dawkę humoru, tworząc bardzo ciekawą formę, w której, szczerze powiedziawszy, chętnie zobaczyłbym innych muzyków. Dave Gahan z „Depeche Mode”, czy David Byrne z „Talking Heads” mogliby stworzyć w takiej formie ciekawą opowieść. Jednak póki co warto było spędzić te niecałe dziewięćdziesiąt minut z wokalistą U2.
7/10

