Duet Delphine i Muriel Coulin ma na koncie już kilka filmów, jednak to ten, mający premierę rok temu na festiwalu w Wenecji, jest pierwszym, który zyskał szerszy rozgłos.
Film sióstr po raz pierwszy też dystrybuowany jest w Polsce oraz zdobył dość ciepłe przyjęcie na tegorocznych Nowych Horyzontach. Najbardziej kojarzony przez aktora pierwszoplanowego, Vincenta Lindona, który na wspomnianym festiwalu w Wenecji dostał nagrodę aktorską. Wciela się on w Pierre’a, mężczyznę samotnie wychowującego dwójkę synów. Jak się szybko okazuje, zupełnie od siebie różnych, jednak pełnych miłości do siebie nawzajem. Starszy, Fus, jest młodym piłkarzem i to mecz, na który przyjeżdża z ojcem, jest pierwszą interakcją rodzic–syn. Chłopak strzela gola, ojciec jest dumny… do momentu, gdy do syna przychodzą dziwni koledzy, z którymi woli spędzić czas po meczu niż z ojcem.
Trochę wcześniej, w pracy, Pierre dowiedział się, że jego politycznie zaangażowany kolega widział jego syna podczas demonstracji — jednak po przeciwnej stronie. Film nie mówi tego wprost, ale między słowami pada, że Pierre miał przeszłość jako związkowiec, jednak po śmierci żony skupił się na synach. Drugi z nich próbuje dostać się na uniwersytet, najlepiej wymarzoną Sorbonę. Rodzinne więzy zaczynają się kruszyć, gdy przyjeżdża do niego aktywny politycznie kolega, który zdradza mu, jak dostać się na uczelnię. W to wcina się jego brat, który zaczyna kwestionować wszystkie jego słowa. Powoli dowiadujemy się też, że Fus wstąpił do szeregów nacjonalistycznych bojówek.
Choć tak naprawdę tego mogliśmy domyślać się od początku, a to, co obserwujemy, to tylko narastające różnice między Fusem a ojcem. Historia chłopaka ukazana jest od momentu najwyższego — wspólny czas z ojcem, bramka w meczu — przez powolne radykalizowanie się, do końca dość drastycznego, jednak nie jest aż tak przewidywalna, jak mogłoby się zdawać. Mamy momenty, gdzie spodziewamy się zejścia z tej ścieżki, jak i że historia zakończy się wcześniej. Ciężko o tym wspominać bez zdradzania za wiele, jednak działa to trochę w rejestrach „Przypadku” Kieślowskiego. Ukazując rolę przypadku, napotkanych osób i różnych zbiegów okoliczności w kształtowaniu osoby. Choć nie jest tak bezstronny jak dzieło Polaka — tutaj wyraźnie czyny i działania są potępione.
Jednak to postać Pierre’a jest w centralnej części filmu i główny dramat rozgrywa się właśnie w nim. Temat ojcostwa jest tutaj bardzo ciekawie ukazany — z wielu perspektyw: wdowca, ojca grzecznego syna, ojca problematycznego syna, ale też mężczyzny, który popełnia błędy. Czasem nawet bierze na siebie błędy dziecka, co też jest bardzo ważnym elementem budowania postaci ojca. Jednak najważniejszy jest tutaj Vincent Lindon — najbardziej znane nazwisko z obsady — który wypada tutaj świetnie. Szczególnie w scenach emocjonalnych, których nie brakuje w filmie. Mimo to film nie jest przedramatyzowany i ma bardzo dobre tempo.
Warto też wskazać bardzo dobrą rolę Benjamina Voisina jako Fusa. Bardzo fizyczna rola z wieloma intensywnymi scenami, bo mimo że akcja prowadzona jest głównie przez dialogi, to dużo dzieje się pomiędzy bohaterami fizycznie — i nie mówię tu tylko o pobiciach, choć i to, i pościg się też wydarzy. Które swoją drogą są bardzo ciekawie nagrane, a film bawi się mieszaniem tradycyjnego obrazu filmowego z nagraniami domowymi czy scenami kręconymi telefonem, żeby nadać mu realizmu i zbliżyć do bohaterów.
„Moi synowie” to ciekawy stadium dramatu rodzinnego, gdzie skrajne poglądy sprawiają, że rodzina się rozpada — który nie idzie w banał, a ukazuje, jak drobne sytuacje i przypadki prowadzą do tej radykalizacji. To też kapitalna rola Vincenta Lindona i jeden z lepszych francuskich dramatów społecznych ostatnich lat.
7/10

